-

gabriel-maciejewski : autor książek, właściciel strony

Zbigniew Nienacki vs Karol Dickens rozdział VI

Jadę do Poznania. Nie miałem czasu nic napisać. Zostawiam więc jeden z dalszych rozdziałów książki Michała Radoryskiego "Zbigniew Nienacki vs Charles Dickens"

 

Rozdział VI

W którym dowiadujemy się, co to jest grafomania i dlaczego zła literatura nie może być popierana przez czynniki oficjalne. Jeśli zaś takowa zależność zachodzi, wróży to jak najgorzej państwu inwestującemu w to przedsięwzięcie.

 

 

Podnosząc wzrok znad książki, Nienacki zauważył, że niebieska Nyska stanowiąca teraz już tylko niewyraźny, czarny punkt przebija się przez chmury i leci wprost ku tarczy księżyca. Zamknął oczy. Otworzył je zaraz i znowu zamknął. Potem, lekko oszołomiony, odwrócił się, by sprawdzić, czy to wszystko jednak mu się nie śniło. Miał nadzieję, że rzeczywistość go rozczaruje, ale się pomylił. Tuż za nim leżały dwie odkręcone od auta opony i owinięty w starą szmatę zestaw narzędzi do ich wymiany, który starszy szeregowy Borucki zdążył jeszcze poskładać jak należy przed odlotem. Jak najbardziej prawdziwa była także książka, którą trzymał w rękach. Pierwszy tom powieści dla młodzieży napisany ręką pułkownika Janusza Przymanowskiego, z jego odręczną dedykacją dla tego grubasa, który już dwa razy objawił Nienackiemu swoje ponure oblicze, za każdym razem w chwili, kiedy walczył z natarczywymi myślami o własnej śmierci. Kiedy tak stał w zamyśleniu, nie wiedząc co począć z leżącymi na drodze oponami, z zestawem narzędzi i ze sobą samym, przypomniał sobie, że przecież jest cały czas doskonale widoczny, oświetlają go bowiem lampy jego własnego łazika, czterodrzwiowego, krytego brezentem, wypróbowanego w wielu sytuacjach samochodu, który podarowało mu wojsko ludowe. Pomyślał o tym samochodzie jak o dobrym przyjacielu i poszedł zgasić te reflektory, które paliły się już stanowczo zbyt długo. Nie chciał wracać do domu, coś podpowiadało mu, że powinien postać jeszcze chwilę w ciemności, na tej leśnej drodze, w oczekiwaniu nie wiadomo właściwie na co. Wgramolił się na przednie siedzenie, zgasił lampy i czekał. Najpierw kwadrans, potem drugi. Próbował analizować to, co się wydarzyło, od początku, czyli od chwili, kiedy gruby sierżant zapukał do jego okna, ale wiedział, że to nie ma sensu. Jedyne co mu pozostało, to poddać się biegowi wypadków. Po trzech kwadransach upewnił się, że nic się już tej nocy nie wydarzy. Włożył kluczyk do stacyjki, przekręcił go i wtedy na środku drogi zobaczył dwa świetlne punkty zawieszone gdzieś na wysokości głowy dorosłego człowieka, które z niewielką prędkością zbliżały się w jego kierunku. Zamarł. Wyłączył auto; już, już miał wyskoczyć z kabiny i popędzić na oślep w lasy, krzycząc przy tym dla dodania sobie otuchy, kiedy na drogę, jaśniejszą już od blasku zawieszonego wysoko księżyca, wtoczył się powóz zaprzężony w cztery kare konie. To, co Nienacki wziął za samoistnie poruszające się i zawieszone wysoko nad ziemią światła, było w istocie parą reflektorów przy koźle, na którym siedział woźnica. W reflektorach migotały niespokojnie lampy naftowe. Oświetlały one czarno odzianego woźnicę w wysokim kapeluszu, z długim batem w dłoni. Nienacki wiedział, że musi wyjść z łazika. Zrobił to bardzo powoli i od razu usłyszał, że konie są niespokojne. Poruszały się nerwowo, chrapiąc krótko, ryły kopytami ziemię i najwyraźniej nie wiedziały, co zrobić ze stojącą im na drodze przeszkodą. Woźnica, którego twarz ginęła w ciemnościach, też najwyraźniej nie miał pomysłu, co zrobić z samochodem i Nienackim stojącym przy jego drzwiach. Ten zaś zauważył, że powóz to wielkie, czarne, oszklone lando, w którym mogłoby siedzieć ze sześć osób. To go trochę zaniepokoiło, ale stał bez ruchu, nie okazując zdenerwowania, w oczekiwaniu na to, co też wydarzy się za chwilę.

Najpierw uchyliło się okno powozu i wychynęła zeń głowa otoczona burzą gęstych, długich włosów. Głowa wyglądała na tyle niesamowicie, że Nienacki zaczął drżeć. Po chwili głowa wydała z siebie dźwięk:

- Asmodeusz – zawołała stanowczym, męskim głosem – Asmodeusz, co się stało, dlaczego stoimy?!

Woźnica, w czarnym płaszczu zaczął gramolić się z kozła. Kiedy był już na ziemi, okazało się, że wzrostem znacznie przewyższa wiszące po bokach landa naftowe lampy. Nienacki ze zdziwieniem stwierdził, że zaczyna on odkręcać jedną z nich i przyglądał się temu z daleka z dużym zaciekawieniem. Cofnął się jednak dwa kroki, gdy okazało się, że woźnica zwany Asmodeuszem ruszył z tą lampą w ręku wprost ku niemu. Wielki, czarny płaszcz i ogromny kapelusz, czarna dziura w miejscu twarzy, wszystko to zrobiło na Nienackim odpowiednie wrażenie i już chciał się odwrócić i uciec, kiedy poczuł za plecami otwarte drzwi łazika. Woźnica przyspieszył kroku i w dwie sekundy znalazł się tuż przed Nienackim. Nie musiał nawet podnosić lampy, żeby oświetlić jego twarz. Przy okazji oświetlił także swoją szeroką gębę, z rudym zarostem, okoloną faworytami, niskie czoło i grube brwi, do których dociśnięty był brzeg wysokiego kapelusza.

- I co? - zawołał mężczyzna z powozu – kto to?!

- To chyba on, jaśnie panie – zahuczał Asmodeusz – a raczej na pewno on – dodał już nieco ciszej, tak żeby słyszał go tylko Nienacki. - Choć no tu, robaczku – powiedział jeszcze ciszej i chwycił Nienackiego za kark, tak jak chłopcy chwytają króliki albo małe koty.

- Jesteś pewien? – zawołał mężczyzna z powozu.

- Całkowicie, milordzie – głos Asmodeusza zahuczał w gęstwinie, niczym ryk obudzonego w środku zimy niedźwiedzia.

- No to dawaj go tutaj. Nie będziemy stać tu całą wieczność.

Nienacki poczuł, że jakaś potworna siła unosi go do góry i chciał nawet zaprotestować, ale głos uwiązł mu w gardle. Machał tylko bezradnie nogami i rękami, kiedy Asmodeusz niósł go w kierunku powozu. Kiedy byli już bardzo blisko, drzwi landa otworzyły się i na drodze pojawiła się wysoka, zgrabna, męska sylwetka, zwieńczona głową otoczoną burzą kręconych włosów.

- Dawaj go tutaj – zawołał mężczyzna, który wysiadł z landa, a Asmodeusz, lekko niczym poduszkę, wrzucił do środka Nienackiego. Ten uderzył twarzą w przeciwległą ścianę powozu, na szczęście obitą czerwonym aksamitem.

- Wskakuj na kozioł i ruszamy – zawołał człowiek zwany raz jaśnie panem, a drugi raz milordem.

- Tak jest – burknął woźnica, a kiedy sadowił się na koźle, Nienacki poczuł, że cały pojazd porusza się tak, jakby wdrapywał się na niego grizlly, rozwścieczony tym, że w jego rewirze pojawili się obcy.

Nienacki otworzył oczy i rozejrzał się po wypełnionym czerwienią wnętrzu powozu.

- Nieźle to wygląda, co? – zapytał go człowiek, który najwyraźniej był właścicielem landa, a teraz sadowił się naprzeciwko niego. – Najdroższy aksamit. Kupowałem go w Brugii – w tym momencie zmarszczył czoło w zamyśleniu – kiedy to było, w dwudziestym trzecim, może czwartym? Nieważne. Podoba się panu? – zapytał z przyjaznym uśmiechem.

Nienacki skinął głową, bo nie wiedział, co powiedzieć. Nie znał się na materiach obiciowych, podobnie jak nie znał się na powozach. Wiedział tylko, że duży, kryty powóz to najprawdopodobniej lando. Przyglądał się za to mężczyźnie siedzącemu naprzeciwko. Był to młody jeszcze człowiek, lat może trzydziestu, odziany w koszulę z bufiastymi rękawami, kamizelkę jedynie i obcisłe spodnie, wsunięte w długie, skórzane buty.

- Podobne do tych, które nosił Dickens – zauważył Nienacki.

- Dziwi pana, że nie marznę w tym okropnym klimacie?

- Nic mnie już nie dziwi – zdobył się na wyznanie Nienacki i uważniej popatrzył na swojego rozmówcę.

- Doprawdy? Przypuszczam, że pana zaskoczę. Może już niebawem.

W tym momencie Nienacki poczuł, że powóz rusza z miejsca, ale wcale nie zmierza jechać po drodze. Poczuł, że żołądek podchodzi mu do gardła, a kiedy wyjrzał przez okno, spostrzegł, że wznieśli się już nad korony drzew.

- Dokąd lecimy? – wyjąkał, był bowiem, zgodnie z przepowiednią swojego nowego gospodarza, całkowicie zaskoczony.

- Nie domyśla się pan?

- Nie, nie mam pojęcia, gdzie moglibyśmy lecieć.

- Do Londynu, ekscelencjo – uśmiechnął się mężczyzna – wprost do Londynu.

Nienacki opadł bezwładnie niemal na siedzenie, podniósł się jednak z tej półleżącej pozycji, bo wydała mu się ona niestosowna do okoliczności. Był w końcu w towarzystwie człowieka, którego nazywano lordem. Rozejrzał się uważniej po wnętrzu powozu i z pewnym zdziwieniem zauważył, że na obitym czerwienią siedzeniu obok jego towarzysza stoi wielki, okuty miedzią kufer. Mężczyzna z kolei dostrzegł ciekawość w oczach Nienackiego i podniósł jego ciężkie wieko. Cały kufer wyładowany był książkami.

- Nudzę się podczas podróży – wyjaśnił mężczyzna, po czym, wyciągając rękę do Nienackiego, przedstawił się krótko – Tim, mów mi Tim.

- Zbyszek – wyjąkał Nienacki, wpatrując się cielęcymi oczami w upakowane ciasno książki. Było to niezwykłe, bo wśród skórzanych, fibrowych, atłasowych okładek zauważył także papierowe i całkiem współczesne, nieznane mu obwoluty z wypukłymi, wykonanymi specjalnym, puchnącym lakierem literami.

Tim odwrócił się, zajrzał do kufra i zaczął w nim grzebać. Nienacki poczuł zaś, że pojazd, w którym się znajdują, nabiera dużej prędkości i nie pędzi już nawet, ale mknie po nieboskłonie niczym wystrzelona z przylądka Canaveral rakieta.

- Czy Asmodeusz nie zmarznie na koźle? – zapytał nagle całkiem głupio.

Tim spojrzał na niego drwiąco. Nie miał zamiaru odpowiadać. 

Gwałtownie, gdzieś z dna kufra wyciągnął najpierw jedną książkę, a potem drugą. Przetarł jedwabną chustką okładkę pierwszej i zbliżył ją do oczu Nienackiego.

- Przeczytaj tytuł, Zbyszek.

Nienacki przetarł okulary i już, już chciał zabrać się za odczytanie tytułu, kiedy głos uwiązł mu w gardle. Położył nawet rękę na klamce drzwi lecącego powozu ze szczerym zamiarem otwarcia ich i oddania samobójczego skoku wprost w czarną przestrzeń nocy. Powstrzymał się jednak. Tim zaś patrzył na niego poważnie i spokojnie.

- No, czytaj – zachęcał – nie ma się czego wstydzić.

- Worek judaszów – wyszeptał Nienacki zbielałymi ustami.

- Właśnie – Tim odgarnął włosy z czoła.

- Wiesz co? – rzekł odkładając książkę Worek judaszów, napisaną przez samego Nienackiego w roku 1961 – odłóżmy to na razie, a ja ci coś przeczytam.

Nienacki uspokoił się. Tim zaś otworzył drugą, wyciągniętą z kufra książkę i przez chwilę szukał stosownego fragmentu.

- O jest – ucieszył się wreszcie – posłuchaj.

- Wzniosło się słońce z topielisk, ponad wszelkie słowo piękniejsze, rzucając radość żywota w lądy i w morza.

Poczuły nie znaną nam rozkosz róże w ogrodzie i wydały w spazmach rozkwitu pachnące westchnienie.

Rozrywa się lepka cieśnia ich płatków, gdy po długich deszczach spadła na nie w ten czerwcowy poranek płomienna sfera upału.

Niewidzialny kos, pustelnik, ukryty w zielonych gałęziach sosny pochyłej od wiatrów zachodu, która dlań puszczą jest macierzystą i ojczyzną, wita słońce uwielbiającym poświstem

- Lepka cieśnia płatków – powtórzył Nienacki – pachnące westchnienie w spazmach?

- No tak, czytam przecież wyraźnie – Tim uśmiechał się – posłuchaj dalej.

Białe, wymokłe ciało miejskie jest tu obmierzłe dla oczu, budzące wstręt jako ślina.

Płuca tu oddychają powietrzem, do którego nie dosięga brud, kurz, pył i latająca w nich zaraza.

Klatki piersiowe mężczyzn, ich karki, żebra, uda, lędźwie, ręce i nogi pali niestrzymane słońce jakoby tysiąc tysięcy lamp kwarcowych.

Kobiety mają tu nie tylko sadło pokryte białą skórą i bezwładne kształty godne pościeli i rozkoszy, lecz silne ścięgna, mięśnie sprężyste i kości pełne mocy.

Nawet obmierzli, ułomni i szpetni nabierają tu wdzięku i kształtu.

Starzec siedemdziesięcioletni wyszedłszy z błękitnej kąpieli ćwiczy gimnastycznie swe ciało, wyrzuca to ręce, to nogi, zgina wiekowy kręgosłup, czaszką spaloną na czarno połyskuje wokoło zwyciężając niezwalczoną siwiznę – Tim skrzywił się, czytając ostatnie zdanie.

- Męczące – powiedział – sam przyznasz.

- No, ale to przecież nie ja – próbował się usprawiedliwiać Nienacki – to jakiś skończony grafoman i dureń.

- O tak – zgodził się Tim – jakże on się nazywał? Już wiem, przypomniałem sobie – Dżeromski.

- Kto?

Tim odwrócił okładkę i przeczytał głośno i wyraźnie -Stephen Dżeromski, Trylogia nadmorska.

- Niemożliwe! – zawołał Nienacki – to wielki pisarz, o mało Nobla nie dostał, na pewno coś pokręciłeś.

- Doprawdy? – Tim był wyraźnie rozbawiony – może sam przeczytaj. I wręczył Nienackiemu książkę.

Ten spojrzał na okładkę i wykrzywił twarz. – Rzeczywiście – powiedział – nie znałem tego.

- Nie znałeś – rzekł Tim – bo tak jak wszyscy tutaj markujesz jedynie zainteresowanie książkami. W rzeczywistości jedyne, co cię interesuje, to ty sam, a także poznanie jak największej ilości sposobów zwracania na siebie uwagi.

Nienacki patrzył na Tima spode łba i gdyby nie, to, że byli jakieś sześć kilometrów nad ziemią, z całą pewnością wysiadłby z powozu ciężko obrażony.

- Może wiesz chociaż, po co on to napisał?

- Jak to? – Nienacki się zdziwił – miał natchnienie i napisał, państwo się odrodziło i pan, jak go nazywasz, Dżeromski, silnie ów fakt przeżył. Stąd ta książka.

- Jak myślisz? – głos Tima stał się zimny jak kostki lodu w zamrażarce albo jak klinga, którą łowcy fok z dalekiej północy oprawiają swoją zdobycz – jak myślisz, Zbyszek, czy w moim kraju ktokolwiek wpadłby na pomysł, żeby wiązać poważne historyczne wypadki z postacią takiego grafomana i z jego twórczością?

- A skąd ja mam to wiedzieć? – wzruszył ramionami Nienacki – był u mnie ten cały Dickens i nie zrobił najlepszego wrażenia, a przecież to jeden z ludzi, których przywykliśmy uważać za geniuszy, nieprawdaż? Zwykły prostak i tyle – mruknął na koniec.

- Uważam, że powinieneś odnosić się do Karola z większą atencją – Tim najwyraźniej nie żartował. – Zadałem ci poważne pytanie, a ty nawet nie potrafisz go zrozumieć. Może jeszcze raz je powtórzę: czy uważasz, że w Wielkiej Brytanii ktoś piszący tak beznadziejnym stylem, ktoś tak wysoce pretensjonalny i niestosowny miałby szansę na to, by jego proza została powiązana z ważnymi wypadkami w dziejach państwa?

- No kurwa, nie wiem! – wykrzyknął Nienacki, który rzeczywiście nie do końca rozumiał, o co chodzi Timowi.

- Bo widzisz – rzekł tamten – wam się tu wydaje, że wystarczy pisać to, co chce władza, żeby zostać zauważonym. To jest pułapka, która stawia was wszystkich, a także tę waszą władzę w sytuacji w zasadzie bez wyjścia. Grzęźniecie w truizmach, które powtarzać muszą kolejne pokolenia bez zrozumienia ich istoty. Książki, Zbyszek,  to poważna sprawa, a ich kolportaż w innych językach to jedna z najpoważniejszych kwestii na świecie. Zastanawiałeś się kiedyś nad problemem takim jak kolportaż?

- W życiu – przyznał bezczelnie Nienacki – od tego są wydawnictwa, hurtownie i księgarnie, pisarz jest twórcą i nie może zawracać sobie głowy takimi głupstwami.

- No widzisz – rzekł spokojnie Tim – a Karol myślał o tym bez przerwy. I pewnie nadal myśli – dodał po chwili – choć jego czas dawno minął.

- U nas jest inaczej – Nienacki zyskał nieco pewności siebie – jeśli treść literatury jest zgodna z polityką państwa, wtedy jest przez państwo popierana i kolportowana w dużych ilościach. Państwo ma oczywiście wymagania i nie dopuszcza do tego, by rynek zalewał chłam…

- Nie doceniasz roli chłamu – przerwał mu Tim – będziemy mieli z tobą mnóstwo kłopotów i urobimy sobie ręce po łokcie… Całe szczęście, nie będę się musiał sam z tym użerać.

- Słyszę to już kolejny raz – mimo niecodziennej sytuacji Nienacki miał ochotę ziewnąć – i ni cholery z tego nie rozumiem.

- Widzimy to, Zbyszek, i bardzo nas te twoje ograniczenia martwią.

- Niepotrzebnie, nie możecie po prostu zostawić mnie w spokoju?

- W spokoju, powiadasz?

- No tak…

- Powiem ci coś, ale w najgłębszej tajemnicy – Tim pochylił się nieco do przodu tak, że jego twarz znalazła się bardzo blisko twarzy Nienackiego, który poczuł intensywny zapach jakichś orientalnych kadzideł czy też perfum.

- On trochę przesadza z tą elegancją – pomyślał – a potem odsunął się w kąt powozu.

Tim jednak nie zrezygnował. Przysunął się jeszcze bliżej i powtórzył – w najgłębszej tajemnicy… Nie masz o tym rzecz jasna pojęcia, ale wierz mi, że nikt nie jest pozostawiony w spokoju, szczególnie zaś jeśli zajmuje się instytucjonalnie – w tym miejscu Tim pokiwał głową jakby z żalem, a może nadzieją – tworzeniem spójnych opowieści kolportowanych następnie w masowych nakładach.

- Szkoda – skrzywił się Nienacki – boję się, że będziecie mnie ograniczać.

- Karol ci to już tłumaczył, ale ja jeszcze powtórzę – ciebie nie można już bardziej ograniczyć Zbyszek, jesteś tak ograniczony ze wszystkich stron, że postawienie jeszcze jednej granicy, jednego szlabanu spowoduje kolaps twojej osobowości. Zapadniesz się do środka, rozumiesz? Zamienisz się w mentalną czarną dziurę.

Nienacki się nadął i odwrócił w stronę okna, za którym była ciemność. Księżyc już od dawna był niewidoczny, przestrzeń pod nimi także, w dole nie rozbłyskiwały światełka miast, nie widać było wzniesień ani rzek z sunącymi po nich barkami.

- Jesteśmy teraz nad morzem – powiedział Tim – niebawem będziemy na miejscu. Powróćmy jednak do przedmiotu naszych rozważań…

- Twoich rozważań – przerwał mu Nienacki – one nie są nasze, bo ja nic nie rozumiem. Jestem skończonym głąbem, nie pamiętasz już?

- Uważam, że niepotrzebnie szydzisz.

- Doprawdy?

- Jak myślisz? Co się dzieje z państwem, no dobrze, użyjmy zamiast wyrazu państwo, jakiegoś innego, niech będzie – organizacja. Co się dzieje z organizacją, która buduje swój mit na słabych, oszukanych, pretensjonalnych narracjach?

- Ha – Nienacki wycelował w Tima wskazujący palec prawej ręki – jesteś manipulantem. To wy tworzycie słabe, pretensjonalne i powierzchowne narracje, to od was wzięła się ta cała kultura popularna… Nie macie u siebie nic wartościowego…

Tim przewrócił oczami.

– Powiem ci wprost co mamy, żebyś wreszcie to pojął. Mamy kontrolę nad kolportażem, globalną kontrolę, bo wszystko, co istotne na tej ziemi, publikowane jest w naszym języku. I nie jest doprawdy ważne, co kolportujemy, chodzi o to,  żeby było nasze z ducha…

Nienacki zamilkł. Wiedział, że Tim ma rację i wiedział także, że on sam mimowolnie próbował zawsze pisać tak, by jego proza przypominała tę, którą Tim określił mianem – nasza z ducha.

- A wy co macie? Każdy wazeliniarz, pardon, włazidup, który schlebia rządzącej klice ogłaszany jest geniuszem, a wykwity jego umysłu wpychane są pod dużym ciśnieniem wszystkim: dzieciom w szkołach, dorosłym, emerytom. To jest nie do pomyślenia u nas, po pierwsze dlatego, że rządowi jego królewskiej mości nie zależy aż tak bardzo, żeby poddani byli oczytani. O wiele ważniejsze jest, by ludzie poza granicami królestwa znali i podziwiali nas, nasz język i naszą twórczość. A kto słyszał o tym całym Dżeromskim? Na jakie języki był tłumaczony?

- Na pewno na angielski – uniósł się Nienacki.

Tim pokręcił głową z niedowierzaniem.

- Jesteś niemożliwy – powiedział – nie rozumiesz, że tłumaczenie czegokolwiek z waszej prozy na angielski nie ma najmniejszego sensu? Nikt w całej Anglii nie ma bowiem zamiaru czytać czegoś, co zostało napisane poza wyspą. To jest poza sferą zainteresowań poddanych jego królewskiej mości.

- No, ale u nas uważają to za nobilitację.

- Bo jesteście durniami, dlatego właśnie macie u siebie to, co macie. – I zaczął wyliczać po kolei – wojny, rewolucje, reformę rolną, denominację pieniądza na zasadach złodziejskich, korupcje, fatalną służbę zdrowia i całą resztę plag, które u nas nie występują.

- Kłamiesz – zawołał Nienacki – czasami występują.

- Wtedy udajemy, że ich nie ma – uśmiechnął się Tim – wy zaś uważacie, że trzeba o tych waszych histeriach poinformować cały świat, który ma to – wybacz Zbyszek – w dupie. Wróćmy jednak do tłumaczeń.

- No?

- Żeby konkurować z nami – tym razem Tim wyjrzał przez okno – musicie to robić w innych niż angielski językach. To jest jednak nie do pojęcia dla ludzi, którzy nie rozumieją kolportażu, nie rozumieją, po co jest literatura popularna i nie mogą nawet nikogo podnieść do stanu szlacheckiego. Za jedyną zaś nobilitację pisarza uważają tłumaczenie jego dzieł na angielski. To jest rozpacz. Mam nadzieję, że rozumiesz?

Nienacki dobrze to rozumiał, ale nie wiedział, co ma z tym wszystkim począć. Zadał jednak pytanie, które Tim musiał uznać za poważne.

- Posłuchaj – rzekł, patrząc prosto w jego jasnobłękitne oczy – czy ty służysz królowi?

Tim uniósł brew.

- Widzę, że jednak jest jakaś szansa – rzekł – a może też i nadzieja. – Nie – dodał po chwili – od dawna nie służę królowi.  Cieszę się, że o to zapytałeś.

Nienacki poczuł się zmęczony. Pomyślał nawet, że mógłby zasnąć.

Tim spojrzał jednak w okno i rzekł:

 – Jesteśmy już nad Anglią, a ja jeszcze muszę ci coś przeczytać i opowiedzieć o szalenie ważnej kwestii. Zanim wylądujemy…



tagi: powieść  zbigniew nienacki  karol dickens 

gabriel-maciejewski
6 marca 2020 06:01
35     6240    12 zaloguj sie by polubić
komentarze:
Maryla-Sztajer @gabriel-maciejewski
6 marca 2020 09:18

Dzięki :)

Tekst nas ...tutejszych...z ducha ..

:)

 

zaloguj się by móc komentować

tomciob @gabriel-maciejewski
6 marca 2020 11:40

Witam. To ja już może od razu skoczę do rozdziału X bo tam się już znajduję. Nie ukrywam, że książka jest dla osób posiadających wiedzę i oczytanie. Operując mnóstwem różnych szczegółów naraża czytelnika na pewne wyzwanie. Wyzwanie dość specyficzne bo spolaryzowane do pewnego sposobu patrzenia na historię. Nie napiszę, że to sposób "a'la SN (Szkoła Nawigatorów nie mylić z Sądem Najwyższym) ale tak na pewno pomyślę. Przy czym ta historia z "Workiem Judaszów," bardzo ciekawą lekturą Nienackiego, i eksploatacja jej różnych poziomów w fabule książki wcale mnie nie dziwi. Materiał do refleksji wydaje się być nie tylko oczywisty ale i fascynujący i do tego przekonujący. Wymaga jednak wiedzy, której zwykły czytacz książek, jak na przykład ja, nie posiada. Każdy czytelnik ma prawo być mniej oczytany niż autor książki. I co dalej z tym faktem zrobić. Ano, skoro jestem jednym z nawigatorów, biorę do ręki internet i sprawdzam sobie na szybko brakujące ogniwa. I tak dotarłem w rozdziale X do Mario Casaubona, a raczej Mérica. Pytanie czemu tam skaczę. Ano temu, że konia z rzędem temu kto znajdzie coś interesującego opublikowanego po polsku o tym autorze. A ja znalazłem i dlatego chciałem się tym na szybko, bo przy X rozdziale, podzielić. Czy będzie potrzebne dalej zobaczymy. W każdym razie czytanie książki, wolne, spokojne, metodyczne i cierpliwe otwiera coraz to nowsze i ciekawsze drzwi. Co interesujące one, te drzwi, bywały już w SN lekko uchylane ale przeciąg jakoś je zamknął no i otwierają się powtórnie. A oto link (autor Marcin Grzegorz Piątkowski):

http://dzien-w-historii.blogspot.com/2012/08/14-sierpnia-meric-casaubon.html?m=1

Dziękuję i zachęcam do kupienia książki. Jest ciekawa.

zaloguj się by móc komentować

umami @tomciob 6 marca 2020 11:40
6 marca 2020 12:03

Autor tego tekstu chyba nie chodzi do kościoła, bo pisze tak: 
Przykuł tym uwagę i zdobył sympatię Jakuba I Stuarta, króla Szkocji, który powierzył mu potem tzw. „prebendal stall” w Katedrze w Canterbury. „Prebendal stall” było miejscem (kabiną) w katedrze zajmowanym przez osoby korzystające z beneficjum prebendy. Było to miejsce honorowe przeznaczone dla dostojników, którzy byli członkami kleru i pracowali na rzecz katedry czy kolegiaty. Kabina, którą otrzymał Casaubon miała numer IX. Podczas Angielskiej Wojny Domowej Casaubon został pozbawiony swoich beneficjów (w tym “prebendal stall”) i przeniósł się do Oksfordu.
nazywając prebendal stall kabiną :) Nie byłem w Canterbury ale przypuszczam, że chodzi o określone miejsce w prezbiterium, w zaszczytnych ławach dla duchowieństwa czy szlachty, zwanych stallami — https://pl.wikipedia.org/wiki/Stalle
Google pokazują, że te stalle w Canterbury niczym sie nie różnią od innych:

zaloguj się by móc komentować

gabriel-maciejewski @gabriel-maciejewski
6 marca 2020 12:21

Ogłoszenie. Zapalił mi się samochód, w związku z tym nie mam zabrać książek z powrotem. Gdyby miasto Poznań było tak dobre i te książki wykupiło będę wdzięczny. Nie jest tego dużo, naprawdę...

zaloguj się by móc komentować

tomciob @umami 6 marca 2020 12:03
6 marca 2020 12:46

Myślę, że istotą jest tu funkcja (prebenda) i związane z nią finansowanie, a nie fizyczne miejsce w katedrze :) I co do tego uwag chyba nie ma;)

zaloguj się by móc komentować

tomciob @gabriel-maciejewski
6 marca 2020 13:11

Planowałem przeczytać książkę i przekazać do biblioteki ale jest ciekawa i powoli zmieniam zdanie i ją, prawdopodobnie, zostawię na półce. Zacytuję jeden, wyrwany z kontekstu, ale samodzielnie funcjonujący fragment z rozdziału X (mam nadzieję że autor i wydawca nie będą mieli mi tego za złe), cytuję strona 136:

"...ale sprawa jest poważna, bo napisane nie ginie, a skoro nie ginie, to zaczyna żyć własnym życiem, niezależnym od twojego widzimisię. A do tego jeszcze wywiera wpływ na innych, a jakby tego było mało, burzy różne porządki, także ten najważniejszy"...

zaloguj się by móc komentować

gabriel-maciejewski @gabriel-maciejewski
6 marca 2020 14:29

Aha, wszyscy myślą, że to żart z tym samochodem....niestety nie

zaloguj się by móc komentować

rotmeister @gabriel-maciejewski 6 marca 2020 12:21
6 marca 2020 14:35

Elektryka? Silnik? Cały się spalił? 

zaloguj się by móc komentować

gabriel-maciejewski @rotmeister 6 marca 2020 14:35
6 marca 2020 14:54

Nie, zadymiło się tylko. Silnik najpewniej. Cały jest w oleju i śmierdzi olejem. Czekam na lawetę. 

zaloguj się by móc komentować

tomasz-kurowski @umami 6 marca 2020 12:03
6 marca 2020 15:49

Jak już rojtujemy to wytknę, że na zdjęciu jest katedra w Yorku. W Canterbury - jak w zasadzie wszędzie - jest skromniej i mniej gotycko.

zaloguj się by móc komentować

umami @gabriel-maciejewski 6 marca 2020 12:21
6 marca 2020 15:54

O w mordę. Nie znam się na samochodach i dobrze, że się tylko zadymiło, bo mojemu koledze roczny nissan się zapalił i okazało się, że te małe, wymagane przez przepisy, gaśnice można sobie w buty wsadzić, trzeba było lecieć po taką zwykłą, dużą, gaśnicę do njabliższego obiektu. A potem urwanie d... z serwisem itd. 

Mam nadzieję, że jakoś z tego wybrniesz.

zaloguj się by móc komentować

umami @tomasz-kurowski 6 marca 2020 15:49
6 marca 2020 15:56

Nie rojtuję, tylko google taką fotkę mi wyrzuciło, nie byłem ani w Yorku ani w Canterbury, bo bym zapamiętał. A rozbawiła mnie ta kabina po prostu :)

zaloguj się by móc komentować

rotmeister @gabriel-maciejewski 6 marca 2020 14:54
6 marca 2020 15:56

Jak by się okazało że silnik albo do wymiany albo do remontu kapitalnego to lepsza opcja to remont kapitalny. Z doświadczenia wiem. Chyba że nowy silnik od kogoś sprawdzonego. 

zaloguj się by móc komentować

umami @tomciob 6 marca 2020 12:46
6 marca 2020 15:56

Oczywiście prebenda rules.

zaloguj się by móc komentować

umami @tomasz-kurowski 6 marca 2020 15:49
6 marca 2020 16:01

gotycko jest ale mniej strzeliście, jakby koniec epoki romańskiej, może po prostu ta katedra jest starsza

zaloguj się by móc komentować

tomasz-kurowski @umami 6 marca 2020 15:56
6 marca 2020 16:15

Ja rojtuję, ale tylko żartobliwie. Google wraz z zastosowaniem metod uczenia maszynowego staje się coraz głupszy, zwłaszcza jeśli chodzi o obrazki. Kiedyś można było wyszukać wycięty fragment obrazu albo zdjęcia, a Wujek Google znajdywał ich źródło - pełen obraz lub profil człowieka na jakiejś stronie. Dziś napręży sztuczno-inteligentne muskuły i z dumą odpowie na te same kwerendy: "pejzaż!" i "mężczyzna!"

Jako adwokat diabła: nie znam się na architekturze sakralnej, ale te dzisiejsze stalle to chyba głównie dla chóru. Może te prebendalne były zamykane by nie obnosić się z tym, że beneficjent w kościele nie bywa.

zaloguj się by móc komentować

DYNAQ @gabriel-maciejewski 6 marca 2020 14:29
6 marca 2020 16:18

Nic nie poradzę ,bom za daleko.Jutro dopiero Pisię Gągolinę przekraczać będę.

zaloguj się by móc komentować

agnieszka-slodkowska @gabriel-maciejewski
6 marca 2020 16:27

Książka jest fantastyczna; muszę dawkowć sobie czytanie, zeby za szybko nie skończyć (a jestem już w połowie) ;). Bardzo trafnie napisał @tomciob, więc chyba nie będę się powtarzać. Też musiałam sprawdzić Mérica Casaubona.

Kurcze chciałam coś napisać, ale nie powinnam spoilerować... Może tak: książka powinna zostać dobrze odebrana przez osoby, które interesują się malarstwem, rynkiem sztuki, mechanizmami napędzającymi koniunktury sprzedaży, a także kradzieży (czyli też sprzedazy ;) ). Do tego dużym zaskoczeniem dla "nieczytelników" SN będą poeci-szpiedzy, mundurowi literaci piszący na zlecenie i mnóstwo innych malowniczych typów. Czytelnicy SN docenią formę, surrealistyczny humor, zwroty akcji i odjechane, bardzo plastyczne opisy. Nie sposób przewidzieć co będzie na następnej stronie! Do tego okładka jest świetna, przykuwa uwagę.

zaloguj się by móc komentować

umami @tomasz-kurowski 6 marca 2020 16:15
6 marca 2020 17:14

Dzisiaj prędzej zobaczymy w nich śpiewaków, ale i hierarcha czasem zasiada. A one są po to, żeby wszyscy widzieli kto jest wyróżniony ponad. Zamykanie i chowanie byłoby bez sensu — wszystko przecież ma być jasne i przejrzyste. Mogą się, co najwyżej, małe drzwiczki pojawić do jakiegoś, większego, segmentu. W starych kościołach jeszcze się takie uchowały.

zaloguj się by móc komentować

tomasz-kurowski @umami 6 marca 2020 17:14
6 marca 2020 18:40

W takim razie bez żalu poddaję sprawę kabiny jako beznadziejną.

zaloguj się by móc komentować

przemsa @tomciob 6 marca 2020 11:40
7 marca 2020 00:38

> Dziękuję i zachęcam do kupienia książki. Jest ciekawa.

Czekam na dostawę.

 

zaloguj się by móc komentować

tomciob @umami 6 marca 2020 15:56
7 marca 2020 01:25

Mericus Casaubonus był szóstym z kolei prebendarzem dziewiątej Prebendy katedry Cantenbury, cytuję oryginał plus tłumaczenie Google (z delikatną redakcją i podkreśleniami):

"6. MERIC CASAUBON, S. T. P. the son of the learned Isaac Casaubon, prebendary in the eighth prebend as before-mentioned, was next promoted to it, being installed on June 19, 1628. He was born at Geneva in 1599, and being brought into England at eleven years of age, received his education at Christchurch, in Oxford, of which he became student, and received the king's letters of denizen, dated Jan. 13, 1625. (fn. 110) He was grandson of the famous and learned Henry, and great-grandson of Robert Stephens. He was first beneficed at Bledon, in Somersetshire, and afterwards was vicar of Minster and of Monkton, in the isle of Thanet, (fn. 111) the latter of which he resigned for the rectory of Ickham, in this county. He died in July 1671, æt. 75; (fn. 112) having enjoyed this prebend near forty six years; and was buried in the lower south cross of this cathedral, where there is a marble monument erected to his memory, with the following inscription:

6. MERIC CASAUBON, STP, syn uczonego Izaaka Casaubona, prebendarium w ósmym prebend, jak wspomniano wcześniej, został następnie awansowany, zainstalowany 19 czerwca 1628 r. Urodził się w Genewie w 1599 r. I został przywieziony do Anglii w wieku jedenastu lat. Otrzymał wykształcenie w Christchurch, w Oksfordzie, którego został uczniem, i otrzymał listy króla z dnia 13 stycznia 1625 r. (W. 110) Był wnukiem sławnego i wyuczonego Henry i prawnukiem Roberta Stephensa. Najpierw skorzystał z pomocy w Bledon, w hrabstwie Somersetshire, a następnie był namiestnikiem Minster i Monkton, na wyspie Thanet (przyp. 111), z której zrezygnował na plebanii Ickham, w tym hrabstwie. Zmarł w lipcu 1671 r. 75; (przyp. 112), ciesząc się tym prebendem przez prawie czterdzieści sześć lat; i został pochowany w dolnym południowym krzyżu tej katedry, gdzie wzniesiono jego pomnik z marmuru, z następującym napisem:

Sta & Venerare viator
His Mortales Immortalis spiritus exuvias deposuit
MERICUS CASAUBONUS". źródło cytatu.

A więc, jak widać Mericus był synem znanego i ponoć sławniejszego od siebie ojca - Isaaca Casaubona, ósmego posiadacza Prebendy ósmej katedry Cantenbury, cytuję z podobnym do powyższego tłumaczeniem:

"8. ISAAC CASAUBON came into England on an invitation from king James I. and was by him promoted to this canonry, in which he was installed on January 16, 1610. King James granted to him, January 3, in his 8th year, anno 1611, letters of denizen, and by his special mandate, dated a few days afterwards to the dean and chapter, reciting that he had by his letters patent, dated Dec. 17, in his 8th year, anno 1611, granted to him, being a man very deserving in every kind of literature, a prebend or canonry in the church of Canterbury, which Nicholas Sympson, deceased, had lately enjoyed; he therefore granted to him of his especial grace, &c. that although the said Isaac Casaubon was a layman and married, yet he should enjoy the same and every profit belonging to it, &c. and although he should not keep any kind of residence there whatsoever, he commanded them to allow him a stall in the quire, and a place and voice in the chapter, as was accustomed; after which, on the 19th of that month, the king granted him a pension of 300l. per annum, during pleasure, mentioning, that he had invited him hither out of France, to be useful as he should see cause, for the service of the church, and had granted him the above for his better support and maintenance. (fn. 97) He died in 1614.

8. ISAAC CASAUBON przybył do Anglii na zaproszenie króla Jakuba I. i został przez niego awansowany do tej kanonizacji, w której został zainstalowany 16 stycznia 1610 r. Król Jakub przyznał mu, 3 stycznia, w 8 roku, anno 1611, listy mieszkańców i na mocy jego specjalnego mandatu datowane kilka dni później dla dziekana i kapituły, powołując się na to, że na podstawie swoich listów patentowych, datowanych na 17 grudnia, w ósmym roku, anno 1611, udzielono mu, będąc człowiekiem bardzo zasługującym na każdą literaturę, prebend lub kanonię w kościele w Canterbury, którą ostatnio cieszył się zmarły Nicholas Sympson; dlatego też obdarzył go swoją szczególną łaską, itd. że chociaż wspomniany Izaak Casaubon był laikiem i żonatym, to jednak powinien cieszyć się tym samym i każdym zyskiem należącym do niego, i i chociaż nie powinien tam utrzymywać żadnego miejsca zamieszkania, rozkazał im, aby pozwolili mu na stoisko w quire oraz miejsce i głos w rozdziale, jak to było przyzwyczajone; po czym 19 tego miesiąca król przyznał mu emeryturę w wysokości 300l. corocznie, podczas przyjemności, wspominając, że zaprosił go już z Francji, aby był użyteczny, jak powinien, w służbie kościoła, i dał mu powyższe za lepsze wsparcie i utrzymanie. (przypis 97) Zmarł w 1614 r". To samo źródło.

Ważny jest ten "kościół" w którego służbie był ojciec i syn. Zważywszy na wybory syna i jego Genewskie urodzenie robi się ciekawie. Tu już cytuję bez tłumaczenia Wikipedię.en:

Méric Casaubon - Wikipedia.en

"He was born in Geneva to a French father, scholar Isaac Casaubon; he was named for his godfather Meric de Vic. After education in Sedan, at an early age he joined his father in England, and completed his education at Eton College and Christ Church, Oxford (B.A. 1618; M.A. 1621; D.D. 1636).[1][2]

His defence of his father against the attacks of certain Catholics (Pietas contra maledicos patrii Nominis et Religionis Hostes, 1621), secured him the notice and favour of James I, who conferred upon him a prebendal stall in Canterbury Cathedral (stall IX) which he held from 1628 to his death.[3] He also vindicated his father's literary reputation against certain impostors who had published, under his name, a work on The Origin of Idolatry (Vindicatio Patris adversus Impostores, 1624).

During the English Civil War he was deprived of his benefices and his prebendal stall at Canterbury Cathedral[4] and retired to Oxford[5] refusing  to acknowledge the authority of Oliver Cromwell, who, notwithstanding, requested him to write an "impartial" history of the events of the period. In spite of the tempting inducements held out, he declined, and also refused the post of inspector of the Swedish universities offered him by Queen Christina. After the Restoration, he was reinstated in his benefice and his stall in Canterbury[2] and devoted the rest of his life to literary work. He died at Canterbury and is buried in the Cathedral. His coin collection was incorporated into that of Canon John Bargrave". Podkreślenia moje.

Na co wychodzi? Na to, że nie był w swojej misji katolikom przychylny. Może dlatego Nienacki przekręcił mu imię?

zaloguj się by móc komentować

chlor @gabriel-maciejewski
7 marca 2020 08:39

Gładko łyknąłem książkę w dwa dni, no i nic już nie mam do czytania.

 

zaloguj się by móc komentować

tomciob @chlor 7 marca 2020 08:39
7 marca 2020 12:54

Za szybko Pan czyta. Ja dotarłem do XVI rozdziału, w którym zrobiło się bardzo interesująco ale zahaczyłem po drodze o rozdział ostatni bo byłem ciekawy zakończenia. I tak ma ta książka, jak rozumiem jej konwencję. Ale może zadam pytanie. Czy może na przykład taki Mieczysław Porębski (198. strona) nie wzbudził Pańskiego zainteresowania? Bo moje tak. I tak znalazłem to:

https://www.dwutygodnik.com/artykul/3946-zajmowal-sie-mysleniem.html

zaloguj się by móc komentować

chlor @tomciob 7 marca 2020 12:54
7 marca 2020 13:30

Jakoś nie wzbudził. Nie znałem go dotąd, a dane z linku nie zachęciły.

zaloguj się by móc komentować

umami @tomciob 7 marca 2020 01:25
7 marca 2020 14:30

Translator płata różne figle, dostrzegalne nawet dla mnie, a skoro zatrzymaliśmy się wcześniej na tej kabinie, to tu mamy tak:

he commanded them to allow him a stall in the quire, and a place and voice in the chapter, as was accustomed

translator tłumaczy to tak:

aby pozwolili mu na stoisko w quire oraz miejsce i głos w rozdziale, jak to było przyzwyczajone


Kabina zamienia sie na stoisko :) A chodzi cały czas o stalle.

Quire - A choir, also sometimes called quire, is the area of a church or cathedral that provides seating
for the clergy and church choir. It is in the western part of the chancel, between the nave and the sanctuary,
which houses the altar and Church tabernacle.

https://en.wikipedia.org/wiki/Choir_(architecture)
https://pl.wikipedia.org/wiki/Chór_(architektura)
https://pl.wikipedia.org/wiki/Prezbiterium

Quire = Chór = Prezbiterium

The quire to po prostu chór/prezbiterium.

Czyli mają mu pozwolić na stallę w prezbiterium = dać miejsce między wyróżnionymi.

Chapter tłumaczy jako rozdział :)

Chapter to kapituła.
https://en.wikipedia.org/wiki/Chapter_(religion)
https://pl.wikipedia.org/wiki/Kapituła

Czyli mają mu dać prawo głosu w kapitule.

To znaczy, że Casaubon robił karierę.

 

zaloguj się by móc komentować

umami @tomciob 7 marca 2020 12:54
7 marca 2020 14:48

Książki nie czytałem jeszcze, bo czekam aż Gospodarz przyjedzie z nią do Wrocławia. Mam nadzieję, że samochód będzie już sprawny. Ale jestem w tej szczęsliwej sytuacji, że Porębskiego kojarzę z historii sztuki. Tę Poprzęcką także.

zaloguj się by móc komentować

umami @tomciob 7 marca 2020 01:25
7 marca 2020 15:04

Jak najbardziej nie był bo Mericus Casaubonus był wnukiem tego pana:
https://en.wikipedia.org/wiki/Robert_Estienne

Porównajmy też te dwa obrazki


https://pl.wikipedia.org/wiki/Elsevier

zaloguj się by móc komentować

betacool @tomciob 7 marca 2020 12:54
7 marca 2020 15:34

Ja książkę przeczytałem w dwa dni.

Chodzi mi po głowie by coś większego o niej napisać.

Ten Porębski jest bardzo dla mnie szczególnie ciekawy bo interesował się semiotyką , Grottgerem, matematyką i Matejką.

 

zaloguj się by móc komentować

umami @umami 7 marca 2020 15:04
7 marca 2020 15:38

He was protected by Francis I of France with whom he enjoyed strong patronage and friendship; Estienne aided Francis I in printing documents ratifying policies which established and justified his power.[34] Later, Estienne published a document to inform the public how alliances between French royalty, German Protestants, and Turkish royalty were beneficial for European religious peace.

Chronił go Franciszek I (https://pl.wikipedia.org/wiki/Franciszek_I_Walezjusz), którego silnym patronatem i przyjaźnią się cieszył; Estienne pomagał Franciszkowi I w drukowaniu dokumentów ratyfikujących zasady, które ustanowiły i uzasadniły jego władzę [34]. Później Estienne opublikował dokument informujący opinię publiczną, w jaki sposób sojusze między francuską rodziną królewską, niemieckimi protestantami i turecką rodziną królewską były korzystne dla europejskiego pokoju religijnego [34].

zaloguj się by móc komentować

chlor @betacool 7 marca 2020 15:34
7 marca 2020 19:37

Wygląda na cybernetyka społecznego.

zaloguj się by móc komentować

tomciob @gabriel-maciejewski
9 marca 2020 10:26

A ja dotarłem do rozdziału XIX. Napisać 976-cio stronicową książkę to jednak jest wyczyn:

https://www.tygodnikprzeglad.pl/nastolatek-zastrzelil-van-gogha/

zaloguj się by móc komentować

gabriel-maciejewski @tomciob 9 marca 2020 10:26
9 marca 2020 10:38

Ale, że co? Mam powtórzyć, żeby udowodnić, że nie? Opublikowałem serię tekstów i van Goghu, komentatorzy się napracowali zbierając różne informacje o braciach Secretan, nie ma o czym gadać...bawili się w kowbojów. To kretyni

zaloguj się by móc komentować

tomciob @gabriel-maciejewski 9 marca 2020 10:38
9 marca 2020 11:02

Ten XIX rozdział kończy się dialogiem Dickensa z Nienackim, w którym padają słowa:

..."Widzisz, jest tak: żadna z postaci, która pojawia się w życiu, tekście czy śnie, nie pojawia się znikąd. Zawsze pochodzi z jakiegoś miejsca. Ty możesz o tych miejscach nie mieć zielonego pojęcia, bo skąd. Nie byłeś nawet w Luwrze, ale wierz mi, że jest ich sporo, a są takie, których nie uświadczysz w żadnym atlasie geograficznym czy astronomicznym."...

zaloguj się by móc komentować

tomciob @gabriel-maciejewski
12 marca 2020 10:14

Witam. Na marginesie książki, a właściwiej w związku z jej czytaniem pojawiło się u mnie pytanie: jak się ma sztuka i jej powstawanie do rynku jako takiego. Albo inaczej, co było pierwsze rynek czy sztuka. Te pytania wydają się być ogólne i banalne ale jednak pojawiły się w mojej głowie w związku z tematem, oczywiście, braci Van Gogh i spekulacji na rynku obrazów we Francji. Sztuka, ponieważ jak wszystkie wytwory człowieka związana jest z ludzką pracą, wydaje się mieć dwa miejsca styku z rynkiem jako takim. Jednym z nich staje się moment powstania "dzieła." Jeśli dzieło zostaje zamówione, czyli posiada sponsora, moment jego zamówienia czyli decyzja sponsora o sfinansowaniu trudu i pracy artysty - wykonawcy dzieła - staje się momentem połączenia rynku ze sztuką. Drugim wydaje się być decyzja aktualnego posiadacza dzieła sztuki o ponownym wystawieniu dzieła na sprzedaż czyli umieszczeniu go na rynku. I tu mam sytucje czyste i oczywiste z punktu widzenia istnienia dzieła sztuki jako takiego i rynku jako takiego i zostało to ładnie i przejrzyście opisane w książce "Zbigniew Nienacki vs Charles Dickens." Ale... czy to wyczerpuje wszystkie możliwe korelacje? Raczej chyba nie. Co zrobić na przykład ze sztuką, którą tworzy autor z potrzeby własnego serca za własne pieniądze (poświęcony mu czas) i bez chęci i potrzeby sprzedaży? Takie dzieła i taka sztuka wymyka się rynkowi choć kiedyś, prędzej czy później, może na ten rynek trafić. Tego kryterium nie spełniają również tak uroczo zawątkowane w książce Marmury Eligna. Bo pomimo, że chwili obecnej są one nie do sprzedaży to kiedyś ktoś je  jednak zamówił.

Sięgnąłem więc w poszukiwaniach do kryterium najstarszego dzieła sztuki i znalazłem rzeźbę. Podobną do naskalnych malunków najstarszą rzeźbę świata. Mam oczywiście na uwadze, że owa rzeźba może być wytworem fejkowym. Czego się bowiem nie robi aby zaskoczyć publikę i zrobić wrażenie. Ale nie musi wcale tak być. Chodzi mi w tym momencie o totem nazywany Idolem Szygirskim. To dzieło sztuki, prawdopodobnie przedmiot kultu, ma ponad jedenaście tysięcy lat i zostało zrobione ze 157. letniego drzewa. Jest nie do sprzedaży choć w czasie rewolucji październikowej część rzeźby zaginęła. Czy zapłacono za jego wykonanie czyli zamówiono tę rzeźbę? Trudno to wyrokować tak jak z malunkami w jaskiniach. Czy jest dziełem sztuki? Moim zdaniem tak i raczej nie podlega rynkowi. A więc z tą sztuką i tym rynkiem to różnie bywa teraz i bywało kiedyś. Tak mi się wydaje na marginesie książki "Nienacki vs Dickens." Pozdrawiam

zaloguj się by móc komentować

zaloguj się by móc komentować