-

gabriel-maciejewski : autor książek, właściciel strony

W poczekalni Polskiego Komitetu Narodowego. Fragment książki "Przez jasne wrota"

Jadę dziś do Michała nagrywać pogadankę, zostawiam więc Wam fragment książki

 

Siedemnastego lutego 1919 r. znalazłem się w Paryżu po podróży, która właściwie trwała od 23 maja roku 1918-go. Tegoż bowiem dnia wyruszyłem był swego czasu z Moskwy na poszukiwanie eszelonów czesko-słowackich, z któremi, nie mogąc już jechać na Murman, zmierzałem przez Daleki Wschód do Europy. Eszelonów tych dopadłem w Penzie, gdzie w godzinę później napadli na nie bolszewicy. Po zdobyciu Penzy i przekroczeniu Wołgi szliśmy podczas nieustannych walk na Wschód. Byłem w bitwie pod Lipiagami, przy zdobywaniu Samary. Później, jako jeden z organizatorów pierwszego bataljonu pułku strzelców polskich im. Tadeusza Kościuszki, dotarłem aż do Omska, gdzie wspólnie z naszą grupą, przeduralską, zorganizował się Polski Komitet Wojenny. Jako członek tego komitetu zostałem wysłany na Daleki Wschód z misją wojenno-polityczną w celach propagandy, nawiązania stosunków z rodakami i organizacjami polskiemi, z misją francuską, wreszcie uzyskania kontaktu z Komitetem Narodowym w Paryżu. W ten sposób przejechawszy całą Azję, w jesieni 1918 r. stanąłem wreszcie nad Oceanem Spokojnym, skąd jako kurjer dyplomatyczny wyjechałem do Paryża z zadaniem poinformowania odnośnych czynników polskich o położeniu kilkunastu tysięcy ochotnika polskiego, zgromadzonego w dywizji syberyjskiej, a wydanego na łaskę i niełaskę komendy francuskiej.

Dzięki staraniom przedstawicielstwa polskiego w Londynie bez trudu otrzymałem wizę angielską i francuską, (polską oczywiście też) i wybrałem się do Paryża.

Na statku, który miał nas przewieźć przez La Manche, nikt, prócz mnie, nie kładł się i nie rozbierał. Obawiano się – i nie bez racji zresztą – niewyłowionych jeszcze min pływających. Istotnie, śmierć mogła nas spotkać każdej chwili, zaś w dodatku noc była bardzo ciemna i zimna, morze niespokojne, chuchające mroźnemi tumanami. W razie nieszczęśliwego wypadku szanse ratunku były bardzo małe. Z drugiej strony jednak siedzieć przez całą noc, z minuty na minutę spodziewając się śmierci, myśleć wciąż o tem i widzieć się w wyobraźni walczącym z falami i niewiadomego użycia pasem ratunkowym, to przecie musi być tak męczące, że od tego osiwieć można. To też ja wcale się tak męczyć nie chciałem. Kazałem sobie przynieść do kabiny butelkę wina, wypiłem z wielkim gustem, a potem rozebrałem się i położyłem się do łóżka. Zbudziłem się dopiero w Hawrze, u brzegów Francji.

Nie mogę powiedzieć, aby życie portowe w Hawrze było w owych czasach bardzo ożywione. Na zachodzie, na tle buro-perłowego nieba i morza widniała sylwetka jakiegoś krążownika, w porcie, prócz naszego statku, nie było żadnego. Przy brzegu kołysało się parę łodzi rybackich, w pustej przystani nie widziało się nikogo prócz paru niepozornych żandarmów i urzędników celnych. Nie było to wszystko bynajmniej imponujące, przeciwnie, przedstawiało się żałośnie i smętnie.

A mimo wszystko czułem się tu właśnie w domu. Ten poranek nie był żadnym fajerwerkiem pysznego słońca lecz sennym porankiem ludzi, budzących się do pracy. Dokoła statku nie kręciły się żadne golasy, wrzeszczące, udające ryby i nurkujące w morzu za pieniążkami. Żandarmi i urzędnicy byli niewyspani a przeto małomówni i po ludzku bez humoru. Rewizji papierów i rzeczy dokonywano w specjalnie na ten cel zbudowanem sicie z kabinek i oszalowanych gabinecików, ale nie szykanowano ludzi. Bardzo doświadczeni i rutynowani ajenci zaglądali tylko przeciągle przyjezdnym w oczy i już wiedzieli, kogo mają przed sobą. Karetka, która mnie wiozła przez cichy i senny Hawre na dworzec, była jak z noweli Maupassanta, dorożkarz – z humorystycznego pisma paryskiego, właścicielka bufetu arcyskromnej restauracji kolejowej – z powieści Zoli – wszyscy znajomi i wszystko znajome, co w rezultacie daje miłe uczucie pewności siebie i bezpieczeństwa.

O czwartej po południu byłem w Paryżu i natychmiast udałem się do Komitetu Narodowego. Sień była pełna żołnierzy ordynansowych, t. zw. po francusku – „plantonów”. Kazałem się zameldować p. prezesowi Dmowskiemu. Nie przyjął mnie, odpowiedział przez „plantona”, że teraz odpoczywa. Wysłałem plantona jeszcze raz. Kazał mi przyjść o szóstej.

Wyszedłem z przekonaniem, że polska dywizja na Syberji nikogo w Komitecie Narodowym obchodzić nie będzie. Udałem się tedy do jen. Hallera, który mnie przyjął bardzo życzliwie i uprzejmie, ale zupełnie mnie nie zrozumiał. Kiedy mu oświadczyłem, że dywizja nasza jest zupełnie zależna od Francuzów, oświadczył:

– Bardzo dobrze! Jesteśmy pod francuską komendą. To doskonali żołnierze, od nich można się dużo nauczyć, to najlepsza szkoła.

Nie rozumiał, że dywizja polska na Syberji nie powstała dla celów „przekształcenia”, lecz aby móc z bronią w ręku wrócić do Europy i połączyć się z wojskiem polskiem. Jen. Haller bez najmniejszych zastrzeżeń oddawał dywizję Francuzom.

Spostrzegłem, że tu absolutnie nic nie wskóram, prędzej chyba w komitecie. Zgłosiłem się tam o szóstej, ale p. Dmowskiego już nie było. Za to na drugi dzień widziałem się z sekretarzem p. Dmowskiego, p. Stanisławem Kozickim, który miał ze mną dłuższą konferencję i szczerze się sprawą dywizji zainteresował. Z rozmowy wynikło, że komitet był o położeniu na Syberji bardzo słabo poinformowany.

Pan Kozicki zrobił, co mógł – skomunikował mnie z p. Wielowieyskim, który w komitecie zajmował się sprawami wojskowemi. Dlaczego – nie wiem. Pan Wielowieyski nie miał czasu – targował się ze mną o długość konferencji, którą wreszcie ustaliśmy na półtorej godziny. Ale w określonym dniu p. Wielowieyski nie miał czasu, konferencje odłożył, a kiedy się z nim wreszcie spotkałem, oświadczył mi, że musi się bardzo spieszyć i może mi poświęcić tylko godzinę. Podczas tej godziny umawiał się z kimś na obiad wieczorem, równocześnie jednak przekonał się, iż sprawy były ważniejsze, niż przypuszczał. Oto pokazało się, że na Syberji – (i we Francji) – nie jesteśmy bynajmniej na prawach armji sojuszniczej, jak Czesi, i zupełnie o sobie stanowić nie możemy, lecz tworzymy oddziały armji francuskiej, złożone z Polaków – na wzór dywizyj marokańskich, senegalskich, algierskich i anamickich. I pokazało się też, że p. Wielowieyski popierał przeciw P. K. W. wszystkie organizacje polskie, wojsko zwalczające. Pokazał się – skandal.

– I czemuż pan to robił? – spytałem.

– Powiem prawdę – odpowiedział uczciwie p. Wielowieyski – Nie byłem należycie informowany.

Od tego czasu już się z p. Wielowieyskim nie widziałem.

Sprawa dywizji syberyjskiej grzęzła coraz beznadziejniej. Właśnie wówczas reprezentacja polska znajdowała się w stanie gwałtownej walki dyplomatycznej o Gdańsk, Górny Śląsk i w ogóle o granice Polski, co ją zupełnie absorbowało. Jen. Haller wysłał był na ślepo jakiegoś oficera z misją do wojsk polskich na Syberji. Oficer ten, nie znający zupełnie stosunków, narobił jeszcze większego bigosu. Krótko mówiąc, zrobił się bałagan okropny, a na domiar złego zaczęły się pojawiać tendencje, dążące do ograniczenia werbunku na Syberji. Przyjechał był wówczas do Paryża z Szangaju jeden z ówczesnych dyrektorów rusko-azjatyckiego banku szangajskiego, p. Jastrzębski, późniejszy minister skarbu, człowiek bardzo poważny i wpływowy. Kiedy ze mną o dywizji rozmawiał, oświadczył się absolutnie za ograniczeniem werbunku, mówiąc:

– Panie Bandrowski! Nieszczęście się stało, dywizja polska na Syberji jest. Trzeba się teraz starać, aby to nieszczęście było jak najmniejsze.

Środkiem, prowadzącym do tego, miało być jej osłabienie, gdy tymczasem jedynym sposobem ocalenia dywizji było uczynienie jej tak silną, aby się mogła skutecznie bronić i niezależnie od nikogo postępować aby się musiano z nią liczyć.

– Trzeba było zrobić korpus, albo nic! – przyznał mi prof. Dybowski.

I oto dlaczego Czesi z Syberji wyszli, a nasza dywizja poniosła klęskę i poszła do niewoli, broniąc tyłów Kołczaka i interesów francuskich, za co później Francuzi grubo sobie jeszcze zapłacić kazali.



tagi: bandrowski  przez jasne wrota 

gabriel-maciejewski
15 marca 2018 06:56
3     2243    4 zaloguj sie by polubić
komentarze:

ainolatak @gabriel-maciejewski
15 marca 2018 09:33

To jest niesamowite. Jedni: bardzo dobrze, jesteśmy pod obcą komendą! A drudzy niedoinformowani… Nic się nie zmienia…realizacja obcych rozkazów i bojówki tworzone tylko przez przeciwnika.

zaloguj się by móc komentować

TRU @gabriel-maciejewski
15 marca 2018 10:39

Ach jacy tytani trafili sie nam u steru !

Wszak pomimo tych niedoinformowań, tych obidów proszonych i szabasowych kolacji jeszcze czas i energie mają aby ulżyć ludowni strapionemu i miesiecznice zorganizować a i pomnik, ku pokrzepieniu serc, cały ze schodów wybudować !

Wszystko ku temu wskazuje, iż bezczynność Polskiej Fundacji Narodowej także, pod swiatłym przewodnictwem,  w planie dalekosieżnym przewidziana !

A że kosztuje ? Jak bez uposażenia tej miary męża stanu nakłonić do tytnicznej pracy ? Niepodobna ! Wiec kosztować musi co lud umęczony z trudem po latach raczy zrozumieć.

Co tu mówić wiele - ciężko tym tutejszym ludem zarządzać - wszak jak już powiedziano - ludzie kurwy.

  

 

 

 

  

 

zaloguj się by móc komentować

zaloguj się by móc komentować