-

gabriel-maciejewski : autor książek, właściciel strony

Rozpustne ekspedientki ze sklepu z bielizną

Próbowałem obejrzeć film pod tytułem „Dziennik nimfomanki”. Może tytuł był ciut inny, nie pamiętam dokładnie, bo rozeźliłem się już w piątej minucie filmu i wyłączyłem. Bardzo razi mnie nieprawdopodobieństwo sytuacji i relacji emocjonalnych oraz psychologicznych w filmach. A dziś w zasadzie nie ma innych filmów niż rażąco nieprawdopodobne z emocjonalnego i psychologicznego punktu widzenia. Z tego też powodu nie lubiłem nigdy filmów SF, gdzie relacje między ludźmi, a także między ludźmi i kosmitami oraz pomiędzy kosmitami a innymi kosmitami sprowadzone są do poziomu piaskownicy. Zabieg ten stosuje się po to, by zwiększyć ilość widzów. Wiadomo, że proste relacje zrozumie każdy, a trochę bardziej skomplikowane tylko niektórzy. Ja tu wczoraj opisałem jedną z najbardziej skomplikowanych relacji pomiędzy ludźmi jaką zdarzyło mi się widzieć. Mam na myśli relację pomiędzy panem Ziajko, salową, a panem Droździelem. W zasadzie można by na temat tej relacji napisać nowelkę, niezwykle dynamiczną i ciekawą, a może także scenariusz filmowy. No, ale nikt się za to nie weźmie, bo niby jak i po co, skoro do nakręcenia są takie gnioty jak ten cały „Dziennik nimfomanki”. Generalnie w tym filmie chodzi o to, że średnio atrakcyjna pani, z którą mogą się utożsamić wszystkie szare myszy z redakcji GW, może i może...Jej chłopak czuje się z tego powodu źle i ma wyraźnie słabszy nastrój. Całe szczęście ona zna jeszcze innych chłopaków. Z jednym z nich, wielkim Arabem, umawia się w mieszkaniu na szczycie wieżowca, całkowicie oszklonym. Robią tam ten cały seks, do tego w wannie, a ona w pewnym momencie wylewa mu na łeb szampana z butelki. No, kurczę...która kobieta lekkomyślnie wyleje Arabowi na łeb szampana? W dodatku z wielkiej butelki, za którą sama wcześniej zapłaciła? Co innego wylać do zlewu wódkę, jak się przyszło do domu nieco wcześniej, a tam impreza na całego z szacownym małżonkiem, albo partnerem życiowym w roli głównej. Wtedy sprawy są jasne i klarowne, wódka do zlewu, sałatka z pomidorów do kosza na śmieci, śledzie do kibla. We wszystkich tych czynnościach widzimy prawdziwe emocje, które uwalniają się z niespotykaną siłą. A tam szampan na głowę….nie mogłem tego znieść i wyłączyłem.

Włączyłem inny film. Nosił on tytuł „Służąca” i był na tyle zaskakujący na samym już początku, że jakoś zniosłem jego późniejsze płycizny. Może przyszło mi to łatwiej, bo w piątej minucie pokazali, zamiast szampana wylewanego na ogolony, arabski łeb, rezydencję japońskiego magnata łączącą harmonijnie styl brytyjskiej posiadłości wiejskiej z tradycyjną architekturą Japonii. To mnie zastanowiło i postanowiłem wysiedzieć czekając aż pojawią się inne brytyjskie wątki. Krytycy ekscytują się tym filmem, bo narracja prowadzona jest z trzech punktów i za każdym razem, jak w starych filmach Kurosawy widzimy coś innego, choć pozornie widzimy to samo. Krytycy nazywają to dziś wpływami Tarantino, ale my wiemy, że to nie jest żaden Tarantino. To jest stary japoński numer silnie zakotwiczony w tradycji. Z grubsza chodzi o to, że dwie dziewczyny, jedna Koreanka, a druga Japonka są sobie przeznaczone. Zły los jednak piętrzy przeszkody na drodze do szczęścia. Koreanka jest biedna, pochodzi z nizin społecznych, a do tego należy do gangu złodziei, jej matka została powieszona za wielokrotne kradzieże. Japonka zaś jest arystokratką mieszkającą w tej rezydencji, o której napisałem wyżej, tą zaś zarządza jej wuj, stary zboczeniec. Mnie nie bawią te rzekomo orientalne subtelności, jakie w obfitości wylewają się z ekranu, powiem więc wprost o co chodzi. Wuj zboczeniec jest Koreańczykiem, który aspiruje do kultury i arystokracji japońskiej. Żeni się z Japonką, która ma małą siostrzenicę, właścicielkę ogromnego majątku. Wciąga ją w swój haniebny proceder, polegający na kolekcjonowaniu sprośnych książek i deprawowaniu dzieci. Jego żona, jak nadmieniłem ciotka jednej z głównych bohaterek, czyta na specjalnych seansach fragmenty tych książek, zgromadzonym w bibliotece żółtym zboczeńcom w smokingach. Wszyscy są niezwykle podnieceni. Ona zaś jest ubrana w tradycyjny, japoński strój. Młoda japońska arystokratka przygotowywana jest do tej samej roli i od dzieciństwa odczytuje na głos fragmenty dzieł takich jak na przykład „Rozpustne ekspedientki ze sklepu z bielizną”. To jest oczywiście gwałt na psychice dziecka, które dorasta w atmosferze nieprawdopodobnego napięcia. Sprawy się komplikują kiedy wuj zboczeniec postanawia pozbyć się ciotki i ożenić się z dojrzałą już jej siostrzenicą. Ciotkę znajdują powieszoną na gałęzi egzotycznej wiśni, a na scenę, to znaczy na ekran wkracza druga bohaterka, Koreanka, która ma być służącą młodej Japonki. Przysyła ją tam sprytny oszust, również Koreańczyk, również udający Japończyka, w dodatku arystokratę. On chce przechytrzyć wszystkich. Chce uwieść Japonkę, ożenić się z nią, a potem sprzedać jej majątek, wsadzić ją do wariatkowa i uciec w siną dal, odpalając dolę za pomoc małej Koreance. Wszystko jednak się komplikuje, bo dziewczyny się w sobie zakochują i intryga przybiera niespodziewany obrót. To nie jest ważne z naszego tutaj punktu widzenia, choć wielu ludzi może się tymi perypetiami interesować. Ważna jest hierarchia kultur. Oto najniżej stoją Koreańczycy, złodzieje i kombinatorzy z slumsów, drobni bandyci, zdeprawowani poszukiwacze szczęście uwieszeni u sprzączki od sandała wielkich, japońskich panów. Zdecydowanie wyżej mamy Japończyków, to jest rodowa arystokracja, główny oszust udaje hrabiego, ale nam coś tu nie sztymuje, bo hrabia to tytuł europejski. Jest więc jeszcze piętro wyższe w tej hierarchii, którego my nie widzimy, ale o którym co jakiś czas ktoś wspomina. I tak główny oszust, którego spotka zasłużona kara, mówi w pewnym momencie swojej japońskiej żonie, że kiedy pracował jako tak zwany „pan” czyli doglądał dziwek w burdelu, postanowił całą swoją pensję przeznaczyć na drogą kolację w dobrej restauracji. Spotkał tam przedstawicieli rodowej arystokracji brytyjskiej, którzy oczywiście go rozpoznali, bo regularnie w tym burdelu bywali. Myślał, że go przepędzą i zdemaskują przed obsługą, ale nie. Oni go poznali i szczerze mu pogratulowali, zrozumieli bowiem, że on aspiruje do bycia jednym z nich. Pytania istotne brzmią: co przedstawiciele brytyjskiej, rodowej arystokracji robili w Korei przed rokiem 1914, kto projektował rezydencję koreańskiego parweniusza udającego japońskiego szlachcica udatnie łączącą styl brytyjskiej posiadłości wiejskiej z tradycyjną architekturą Japonii i w jakich latach trwała jej budowa? Można jeszcze zapytać jaka była istotna rola Koreańczyków udających Japończyków, bo przecież nie chodziło tylko o przejmowanie majątków bogatych, młodych i naiwnych arystokratek.

Na koniec filmu dowiedziałem się, że powstał on na motywach powieście brytyjskiej pisarki Sarah Waters, ta zaś ma doktorat z literatury w zakresie gay and lesbian historical fiction. Czy to nie jest niezwykłe? Doktorat w zakresie gay and lesbian historical fiction?! Ja tu o Arabach i szampanie w wannie, a tam robią tak niezwykłe doktoraty i nikt się niczemu nie dziwi. Książka pani Waters nosi tytuł „Złodziejka”, a jej akcja rozgrywa się w wiktoriańskiej Anglii. Pan reżyser jednak, którego dossier nie badałem, (zostawiam to Wam), postanowił przenieść rzecz do Korei i dał nam, mniemam, że mimowolnie, kilka ciekawy tropów do prześledzenia.

Oczywiście, pani Waters to jedna z wielu kretynek, które z całą pewnością nie zawahałby się wylać chłopu na głowę butelki szampana. Ona tu nawet była w Polsce z dziesięć lat temu, a spotkanie z nią prowadziła sama Kazimiera Szczuka. Bo też i kto miał je prowadzić. Książki pani Waters nie są warte splunięcia, ale może zastanówmy się nad czymś innym. Oto lewica, przepoczwarzając się kilka razy, odbywa od drugiej połowy XIX wieku długi marsz poprzez ośrodki edukacji i propagandy, odnosząc po drodze same sukces. Używa przy tym narzędzi nędznych i płaskich jak butelka szampana wylana na arabską głowę, ale nikomu to nie przeszkadza, choć wszyscy widzą, że skala nieprawdopodobieństw psychologiczno emocjonalnych zwartych w tych dziełach już dawno przekroczyła wszelkie granice. Wszyscy to widzą, ale nikt nie protestuje. Mało tego, tak zwana prawicowa reakcja, może jedynie w sposób mniej znacznie udatny i o wiele bardziej ciężki, jedynie naśladować metody lewicy. Bez zrozumienia tychże, a także bez zrozumienia sytuacji własnej. Wczoraj, w dużo już spokojniejszych okolicznościach, tłumaczyłem babci, dlaczego książki wydawane w Polsce są nędzne i nie mogą zrobić sukcesu za granicą. Jeśli ktoś jest polskim pisarzem, a udaje pisarza norweskiego, czy jakiegoś innego, czyni to, mimowolnie jak mniemam, po to, by podnieść notowania tego kogo udaje. Tak samo jest z tymi aspiracjami koreańsko-japońskimi w filmie „Służąca”. Istotnym momentem jest podniesienie znaczenia i nadanie dodatkowej mocy, a także – nie obcyndalajmy się przecież – złożenie hołdu tym ludziom, których się udaje. A kogo oni wszyscy chcą udawać, to my tutaj już dobrze wiemy. Myślę, że tu tkwi istotny mechanizm, propaganda lewicowa nigdy nie osiągnęłaby tego sukcesu, który ma, gdyby nie jej sojusz z brytyjską arystokracją rodową, lub z tymi, którzy aktualnie za takich chcą uchodzić. Bez tego tajnego porozumienia szlag by trafił wszystkie zakresy gay and lesbian historical fiction

Skoro więc mamy taką demaskację, nie możemy teraz już spokojnie patrzeć na tych, którzy bez żenady żenią nam tak zwane style życia pięknych i bogatych, a także biedniejszych trochę, ale bardzo wrażliwych, niosących w sobie głęboką i piękną tradycję. Musimy to odrzucić, bo inaczej będzie po nas. Co z tego rozumieją ludzie zajmujący się dysponowaniem budżetów na propagandę zwaną inaczej kulturą. Powiem wprost – gówno. A rzecz rozwinę jutro w specjalnym tekście. Spłycę teraz na koniec wszystkie może dzisiejsze rozważania i rzeknę to, co już kilka razy mówiłem – jeśli mamy przeciwnika, którego chcemy pokonać, nie możemy do walki używać tych samych narzędzi, których on używa, tyle że gorzej, słabiej i bardziej nieudolnie. Jeśli ktoś to czyni, oznacza ów fakt tyle, że jest wynajętym koreańskim oszustem służącym do poniesienia znaczenia arystokracji rodowej, bynajmniej nie japońskiej, i nic ponadto. Do zmiany jednak opisanych tu przyzwyczajeń oraz do zmiany gustów a także nawyków publiczności potrzebni są artyści prawdziwi. W istnienie takich jednak nikt z dysponentów pieniędzy polskiego podatnika nie uwierzy, albowiem zapatrzony jest ów człeczyna w dobre zagraniczne wzory. I gdyby tylko mógł przeznaczyłby swoją pensję, w całości, na wizytę w drogiej restauracji, gdzie bywa rodowa, arystokracja brytyjska, lub ci, którzy się aktualnie za nią podają.

 

Zbliża się koniec roku, a ja muszę opróżnić magazyn. Postanowiłem więc, że zrobimy późną, grudniową promocję i przecenimy stare numery nawigatorów do 10 zł za egzemplarz. Do tego poziomu obniżmy też cenę „Straży przedniej” księdza Mariana Tokarzewskiego. Uwaga, numer 3 nawigatora nie jest już dostępny. Trzeba było się spieszyć.



tagi: propaganda  pieniądze  kultura  filmy  aspiracje 

gabriel-maciejewski
31 grudnia 2017 10:07
15     1392    11 zaloguj sie by polubić
komentarze:
Maryla-Sztajer @gabriel-maciejewski
31 grudnia 2017 10:26

Dobrze znam tę relację między oboma pacjentami, salową....Ona występuje nie tylko w tej konfiguracji personalnej.

Ale szkoda było gadać...we wczorajszej powodzi...

.

 

zaloguj się by móc komentować

Maryla-Sztajer @gabriel-maciejewski
31 grudnia 2017 10:28

Schematy uber alles

.

 

zaloguj się by móc komentować

ainolatak @gabriel-maciejewski
31 grudnia 2017 10:43

"arytokracja" angielska, której rody brały się od złodziei i pospolitych rzezimieszków, robi jeden wyjątek w dopuszczaniu niearystokratycznych członków kasty: właśnie dla takich jak ich przodkowie: cwaniaków, złodziei, a jak trzeba morderców ;)

zaloguj się by móc komentować

tadman @gabriel-maciejewski
31 grudnia 2017 11:04

Nie mogę znaleźć tekstu w którym były cytowane słowa królowej Elżbiety wypowiedziane na jakimś oficjalnym spotkaniu, bodajże z Chińczykami, które to słowa kompromitowały ten cały angielski dworski charme.

zaloguj się by móc komentować

valser @gabriel-maciejewski
31 grudnia 2017 11:20

Czytam te notki z ostatniego tygodnia i widze mojego dziadka, jak jednym uderzeniem mlotka wbija w deske 12cm gwozdz. Nic nie trzeba dobijac i poprawiac.

Sarah czyli nowatorska awangarda ten doktorat z homoseksualnych fikcji. Konczy sie to jak zwykle - mieszkaniem z dwoma kotami na poddaszu w rozpadajacym sie budynku.  Teraz rozumiem inspiracje do wykladu inauguracyjnego rok akademicki na UW, o zyciu intymnym i emocjonalnym roslin. Slowo fikcja jest tutaj kluczowe.

To jest chyba jasne, ze starymi metodami nie da sie osiagnac nowych rezultatow i ze kopiowanie metod innych to jest droga co najwyzej do drugiego miejsca na podium, gdyz orginal juz pierwsze miejsce na podium zajal.

Zycze wszystkim tego samego co sobie - zdrowia, ktorego niestety z wiekiem statystycznie ubywa; silnej motywacji, ktora czasami potrafi zniknac z dnia na dzien; i rezultatow, ktore sa wynikiem wysokich oczekiwan oraz planowanych po cichu przegrupowan i akcji. No i zeby byla nuda, czyli zadnych niespodzianek i nieprzewidzianych zdarzen.

zaloguj się by móc komentować

ainolatak @tadman 31 grudnia 2017 11:04
31 grudnia 2017 11:22

powiedziała, że zachowanie delgeacj chińskiej (wyjście ze spotkania) było bardzo nieprzyzwoite/niegrzeczne, na co dostała od rozumnych graczy z chińskiego ministerstwa spraw zagranicznych odpowiedź: czy złota era jest ciągle jeszcze żywa?

zaloguj się by móc komentować


Kuldahrus @gabriel-maciejewski
31 grudnia 2017 12:11

Sama prawda. To jest właśnie najlepsze, że wielu którzy chcą kontrować(to słowo klucz, nie zwalczają, tylko kontrują) eugenike, czy LGBT i inne satanizmy, jakoś nigdy nie zauważają, tych którzy tym kręcą na górze, czyli tej 'arystokracji' i walą głową w ściane, a mało tego jeszcze uważają, że z tą 'arystokracją' można współpracować. Tak jak kiedyś pisałeś w jednym tekście, nikt nie chce zauważyć, że na akcie oskarżającym Mary Wagner, jak byk stoi, że to "królowa brytyjska występuje przeciwko...", a wszyscy w kółko tylko o Stalinie albo o Wasilewskiej itp.

Co do "Dziennika nimfomanki" to pełen podziw, że miałeś odwagę ten syf w ogóle włączać. Jeden kolega który dał radę oglądnąć dłuższy fragment tego filmu, powiedział, że to jakiś ordynarny pornos.

 

Wszystkiego dobrego w nowym roku!

zaloguj się by móc komentować

ainolatak @gabriel-maciejewski
31 grudnia 2017 12:32

i jeszcze

złożenie hołdu tym ludziom..... Myślę, że tu tkwi istotny mechanizm, propaganda lewicowa nigdy nie osiągnęłaby tego sukcesu, który ma, gdyby nie jej sojusz z brytyjską arystokracją rodową...

sądzę, że właśnie tu są dwa klucze do sukcesu postępowej propagandy

1. niezmienne składanie hołdu złu w sferze "popkultury" (zaczęło się od gloryfikowania medialnego elki I zarówno w jej czasach i konsekwentnie do tej pory)

2. "biedna" lewicowa propaganda nigdy by nie odniosła sukcesu gdyby nie podparcie na wiarygodnym i zasobnym korzeniu tradycji, w tym przypadku fałszywym i przenoszącym w tradycji antywartości, ale zwykłego odbiorcy popkultury to nie interesuje; z resztą tylko antywartości wchodziły w rachubę, bo mechanizm lewicowej propagandy na prawdziwych wartościach daleko by nie ujechał

 

a pani Sarah to jest nieźle promowana i dorobiła się już czegoś lepszego niż 2 kotów i mieszkania na poddaszu ;) 

lewicowy BBC już w 2002 sfilmowało jej pisarski debiut w ramach lesbian drama - tym razem w jeszcze bardziej kontrowersyjnej odsłonie, kucharka w nadmorskiej restauracji swojego ojca, poznaje artystkę śpiewającą w męskim przebraniu w teatrze, nagłe uczucia do artystki powodują całkowitą transformację garkotłuka….

a w 2005 roku wypuścił serial o Złodziejce, tutaj to dzieło https://www.youtube.com/watch?v=C0bYH9lHcbo

ku rozczarowaniu lesbijek ta adaptacja była mniej kontrowersyjna, za to dostarczyła więcej emocji na poziomie podkreślenia różnic dwóch sfer, z których pochodzą główne bohaterki; oczywiście z końcem dramy, po przeżyciu wszystkich głębokich emocji widzowie i tak chętniej znaleźli by się w uprzywilejowanej, choć represjonującej innych, klasie wyższej..

 

zaloguj się by móc komentować

tadman @gabriel-maciejewski
31 grudnia 2017 12:42

Wyjątek z recenzji zamieszczonej na filmweb; tu fragment opisujący autorkę książki:

Valerie Tasso była wykształconą, świetnie radzącą sobie w życiu przedstawicielką klasy średniej, która pewnego dnia stwierdziła, że pieniądze można zarabiać w mniej stresujący i bardziej przyjemny sposób, więc rzuciła pracę i została na pół roku luksusową prostytutką. O swoim bogatym życiu z tego okresu napisała książkę...

A tu z innego miejsca krótka notka o Tasso (ur. 1969)
[...] francuska pisarka, językoznawca i badaczka. Zdobyła kilka tytułów naukowych m.in. z ekonomii, lingwistyki oraz seksuologii.

zaloguj się by móc komentować

Grzeralts @gabriel-maciejewski
31 grudnia 2017 12:56

Kolonia musi patrzeć w kierunku imperium, nie odwrotnie. Ale pomalutki idzie nowe. Też z zewnątrz, ale nowe.

zaloguj się by móc komentować

adamo21 @gabriel-maciejewski
31 grudnia 2017 16:20

Arystokracja rodowa w RP3, to pewnie potomstwo komuchów wszelkiej maści oraz tych kiedyś przywieszonych do tamtego żłoba.

zaloguj się by móc komentować

genezy @Kuldahrus 31 grudnia 2017 12:11
31 grudnia 2017 19:04

ordynarny pornos- palnięte dubeltowo

Najlepszego!

zaloguj się by móc komentować

Kuldahrus @genezy 31 grudnia 2017 19:04
1 stycznia 2018 18:06

Teraz zauważyłem, że to brzmi troche jak 'zielona trawa'.

zaloguj się by móc komentować

Magazynier @gabriel-maciejewski
4 stycznia 2018 14:04

"a spotkanie z nią prowadziła sama Kazimiera Szczuka. Bo też i kto miał je prowadzić"

Ależ! Azaliż czyż nie cały frauzimmer? Pardąs, miałem na myśli lesbiezimmer. Nie imputuję tu wcale tym paniom zboczenia, tylko poprostu promocję, jakkolwiek nieświadomą, aspriacji gay und lesbian do wyższych sfer, a jeśli do wyższych sfer to i promocję demaskacji obyczajów arystokratycznych. Bo to działa w obie strony, w inny nieco sposób, z przyłożeniem innej siły, ale w obie. 

A co jeszcze jest ciekawe, to że lewica zwłaszcza "nasza", jak to pokazuje Toyah w tym tekście o Dreszynie, czyli o Malinowskiej czytającej "Miszcza i Małgorzatę" do fotki dla Viva, aspiruje do sukcesu Micheala Jacksona, pardąs, Micheala Bulgakova.

Przykład dał nam bynajmniej nie Bonaparte, ale Bulgakov, jak aspirować mamy. Jak również Nabokov. I ten kumpel Bulgakova na Z, któremu udało się zwiać na zachód, przypomniałem sobie Zamiatin. No i Meyrink.

Że też nie dostał on pośmiertnie tytułu lordowskiego, mógłbym wtedy napisać sir Micheal'a Bulgakov'a.  

zaloguj się by móc komentować

zaloguj się by móc komentować