-

gabriel-maciejewski : autor książek, właściciel strony

Przepraszam polskich filmowców

Obejrzałem film zatytułowany „Dom zły”. Zrobiłem to przedwczoraj. Myślę, że powinniśmy mniej surowo oceniać pana Smarzowskiego, a przede wszystkim zrozumieć, że choćby nie wiem co się działo, żaden polski film nie ma szans na to, by zdobyć uznanie gdziekolwiek. Wszystkie bowiem, nawet te najgłupsze, są po prostu za dobre.

Obejrzałem bowiem także kilka innych filmów. Między innymi dwa belgijskie, jeden argentyński, jeden norweski, jeden francuski i jeszcze jakiś, nie jest to istotne jaki, chyba duński. Wszystkie te filmy nie trzymały żadnego ze znanych mi standardów. Były to dęte propagandowe historie wciskające widzowi na chama uchodźców, a jeśli nie uchodźców to tak zwaną swobodę obyczajową. To ostatnie było znacznie gorsze niż uchodźcy. Gorsze nawet niż ci sprzedawani w formie mocno zawoalowanej, poprzez parę detektywów, z których jeden jest Rosjaninem, drugi Arabem, a obaj naraz są piekielnie skutecznymi Duńczykami, walczącymi z niereformowalną, zbrodniczą elitą tego kraju. W tak zwanym świecie, jeśli idzie o filmy nie ma nic. Pustynia. U nas zaś, jest ten Smarzowski. To jest niezwykle sprytny pan, który wie, że dobry scenariusz robi się w ten sposób, że skleja się go z dwóch, albo trzech innych scenariuszy, najlepiej by były one całkowicie zapomniane, a jeden pochodził z USA, drugi zaś z Polski. Na to nakłada się tak zwaną intrygę, która musi mieć przynajmniej jedno pięterko. I to w zasadzie wszystko. Jeśli idzie o obsadę, to ona w polskich realiach nie ma znaczenia, bo ciągle gra ta sama załoga, która mogłaby zająć się koncertowaniem z repertuarem trash metalowym pod nazwą „Ryje”. Kto jest dzielnym porucznikiem, kto sprzedajnym prokuratorem, a kto podstępnym ubekiem nie ma w zasadzie znaczenia i oni mogą być do tych ról dobierani losowo, grając w marynarza. Najważniejsze jest to co napisałem – ryje. W filmie „Dom zły” mamy splecione na ścisło dwie historie. Jedną znamy z zapomnianego już nieco filmu „Listonosz dzwoni zawsze dwa razy”, który był pretekstem do pokazania jak Jack Nicholson odbywa stosunek płciowy z Jessicą Lange na stole w kuchni. Taki film dla młodzieżowego widza. Chodzi o to, że pamiętana ze starego King Konga i z Tootsie Jessica, która się bardzo podobała wszystkim, ma starego, zrzędliwego męża. On jej niczego nie kupuje, bija ją czasami, a ona się nudzi jak nie wiem co, ale przy tym jest tak zapiekła i twarda, że na widok tego całego Nicholsona, nie kładzie się od razu na stole i nie woła – teraz mnie, teraz mnie - ale patrzy nań pogardliwie i bez emocji. Te narastają w trakcie filmu i w końcu eksplodują, co młodzieżowy widz przyjmuje z entuzjazmem i wypiekami na twarzy.

Druga historia, którą pożyczył Smarzowski jest nieco poważniejsza i nie kończy się tak wesoło, jak ta z listonoszem w tytule. Nie wiem czy to pamiętacie, ale dawno, dawno temu, w sobotę przed południem, puszczali w telewizji stare spektakle teatralne. Tak stare, że można było w nich zobaczyć Jana Świderskiego. Ho, ho, tak, tak, kto go jeszcze pamięta. Dwa razy za mojego życia emitowano sztukę, której tytułu nie pamiętam, ale chodziło o to, że Jaśko wraz z Hameryki z dolarami. Wszystkie na niego czekajo, ale nie wiedzo już jak Jaśko wygląda, bo dawno wyjechał. W karczmie zaś, u Żyda, siedzi jakiś spity gość i dolary jemu z kieszeni wysypujo się...a jak mawia w tym filmie Jan Świderski – dolar ciągnie bardziej niż wódka, a nawet bardziej niż Jessica Lange...to znaczy on tam mówi inaczej, ale ja nie chcę używać wyrazów. W głowach protagonistów rodzi się więc pomysł, by te wysypujące się dolary zagospodarować jakoś z pożytkiem dla siebie. To zaś można uczynić jedynie przez poderżnięcie gardła ich właścicielowi, co też i następuje. Na koniec okazuje się, że ten zarżnięty to właśnie Jaśko. Jego matka zaś, która asystowała przy morderstwie i liczyła dolary wrzeszczy do kamery – bida była, bida była!!! Tak się ten spektakl kończy. Parasol i Stalagmit w życiu nie uwierzą, że takie rzeczy można było pokazywać w sobotę o 11 z rana.

I teraz tak – Smarzowski w obydwie te historie wprasował Dziędziela, Kingę Prajs, Jakubika i nieznanego mi z nazwiska gościa, który przez cały czas lata pijany, a na koniec podrzynają mu gardło. Z klimatu listonosza co dzwoni dwa razy został tylko stosunek płciowy, nie na stole na szczęście, bo ten nie amortyzuje niczego, a Kinga waży z 80 kilo, Jakubik zaś pewnie z setkę. Nie polecam tej akurat sceny, ale są inne.

To jest dopiero pierwsza warstwa filmu, którą nie każdy zniesie, bo scenografia jest jak z filmu o kosmitach według Szulkina. Wybierali same najgorsze peerelowskie wnętrza, gorsze nawet niż w moim domu w Dęblinie przed remontem. Nawet nie ma kuchni kaflowej tylko taka z cegieł. Na podwórku pełno błota, po którym pijany Dziędziel lata z siekierą, cały czas pada sztuczny deszcz, co łatwo poznać, po tym, że na koniec, w liście płac są jakieś trzy nazwiska, a obok nich funkcja określona jako „obsługa kranu”. Myślę, że chodzi o hydrant choć mogę się mylić. Dziędziel gra w tym filmie to co zwykle i Jakubik też to co zwykle. Kinga zaś musi coś ze sobą zrobić, bo nie zasługuje na takie role. No, ale mamy jeszcze wyższą warstwę narracyjną, a nad nią najwyższą, której się domyślamy, ale tylko wtedy kiedy jesteśmy osobami tak silnie intuicyjnymi jak na przykład ja. Kiedy po raz pierwszy padło słowo pozorant, już się od tego filmu nie oderwałem, choć pokazywali wcześniej Jakubika w aranżacjach znanych i tak przez wszystkich nielubianych, że nic nie zdradzało niespodzianek. Jaki jest początek i koniec tej podstawowej narracji, już się pewnie wszyscy domyślili. Jakubik, po stracie żony wyjeżdża w nieznane, do samotnego pegeeru w górach. Kiedy jest na miejscu, w ulewnym deszczu wchodzi do przypadkowej chaty, gdzie Kinga myje się nad miską, pokazując piersi. Gryzie go pies, a my doznajemy uczucia nieprzyjemnego rozdrażnienia, albowiem Jakubik ma na sobie dżinsy. Jasna cholera, jest rok 1981 albo 1982, kto nosił wtedy dżinsy i łaził w nich po błocie? Na pewno nie zootechnicy w Bieszczadach. Jakubik zapoznaje się z Kingą i jej mężem Dziędzielem, a wszystko zmierza do opisanego tu już finału. Po drodze mamy jednak jeszcze układanie biznesplanu związanego z masową produkcją nielegalnego alkoholu. Ten Jakubik z Dziędzielem chce sprzedawać żołnierzom radzieckim z pobliskiej jednostki. I teraz głos w kwestii realiów epoki – ile do cholery było radzieckich jednostek w południowo-wschodniej Polsce w tamtych czasach? Moim zdaniem ani jednej. Chodzi jednak o coś innego. O to, że Jakubik ujawnia ile pieniędzy ma ze sobą. Dziędziel też ujawnia ile ma pod podłogą, ale to jest pułapka. Kładą Jakubika do łóżka w pokoju syna, który akurat gdzieś zabalował. To jest ten Jaśko ze starej sztuki ze Świderskim. Kiedy Jakubik obnaża swoje włochate cielsko i stoi w samych gaciach, przychodzi do niego Kinga, no i wiecie...Po wszystkim Jakubik demoluje emocje Kingi i wyrzuca ją za drzwi, czym odbiera sobie resztki sympatii widza. Potem, chcąc przetrzeźwieć wyłazi gdzieś na dwór, a kiedy wraca zastaje Dziędziela i Kingę nad swoim łóżkiem. Na łóżku zaś leży „Jaśko” czyli Marian z poderżniętym gardłem. Dziędziel bowiem w tak zwanym międzyczasie postanowił, że zrobi ten bimbrowniczy sukces bez Jakubika, ale z jego pieniędzmi. Kinga zaczyna wrzeszczeć wniebogłosy, a Dziędziel nie potrafi ukryć zdziwienia, oto miał zarżnąć Jakubika, a zarżnął Mariana czyli Jaśka. Potem zaczyna się dzika gonitwa po obejściu.

My się tego wszystkiego dowiadujemy nie od razu bynajmniej, ale kawałkami, obserwując całkiem inną, o wiele poważniejszą intrygę.

W tym pegeerze toczy się od dawna śledztwo w sprawie zniknięcia zootechnika, który wykrył jakieś nieprawidłowości związane z dysponowaniem mieniem państwowym. Złodziejstwo znaczy wykrył i był na tyle nierozsądny, że poleciał z tym do komitetu wojewódzkiego, słusznie mniemając, że milicja mu nie pomoże. Potem zniknął, a na jego miejsce przyjechał Jakubik. No, ale nie dotarł dalej niż do chaty Dziędziela na swoje nieszczęście. W drugiej warstwie narracji widzimy, jak przywożą Jakubika, do spalonej już chaty Dziędziela na wizję lokalną. Ma na sobie ubranie z zakładu karnego i jest ostrzyżony na zero. Razem z nim jest kilku milicjantów, w tym ciężarna pani technik oraz pijany w trupa prokurator, który grozi funkcjonariuszom, że jak nie znajdą pozorantów do odgrywania scen, które mają być filmowane, to wszyscy idą siedzieć. Nikt się tym oczywiście nie przejmuje, prokuratora pakują do nyski, żeby przetrzeźwiał i szukają tych pozorantów. W końcu znajdują – jakąś kobiecinę i jej bezzębnego, a najpewniej też upośledzonego syna. Oni to właśnie przynoszą na plan, to znaczy do chaty Dziędziela całą baterię półlitrówek z wódką. Milicja zaczyna pić. Nie pije tylko porucznik. W czasie czynności służbowych do chaty podjeżdża czarna Wołga, co może oznaczać tylko cholerne kłopoty. W środku siedzi bowiem ubek w charakterystycznej czapce a la Nicolae Ceausescu i trzyma na kolanach teczkę. Z tej teczki wyciąga różne materiały, które dotyczą zaginionego zootechnika i domaga się wprost, by sprawie ukręcić łeb. Jakubika zaś trzeba posadzić jako politycznego kryminalistę (był w Radomiu w 76 i są na to dowody), co wymordował rodzinę samotnie mieszkającą na odludzi, a potem resort wyśle go za granicę, żeby tam wmieszał się w środowisko emigracji politycznej, którą będzie kompromitował. Młody porucznik strzyże uszami, nie nie wierzy za bardzo w to co mówi ubek, ale w pułapkę wpada gładko. Od razu bowiem zaczyna prowadzić śledztwo w sprawie tego zootechnika, takie swoje, prywatne. Okazuje się bowiem, że ten zootechnik to był gej, który miał jakieś relacje z księdzem. Poprawne relacje, żeby nie było. Ksiądz zaś, któremu on się zwierzał, wręcza porucznikowi wszystkie kompromitujące lokalną elitę i funkcjonariuszy resortu papiery. To jest ciekawy wątek, ale też nieprawdopodobny, bo widać w trakcie tych czynności, jak rozwścieczony naród spod sklepu spożywczego wybija w milicyjnym fiacie przednią szybę. Kurna, dzisiaj by nie wybili, a co dopiero wtedy...Porucznik ma też inny problem – jeden z jego podwładnych, sympatyczny chłopak, trochę głupieje po wódce. Ostatnio w Ratuszowej śpiewał po pijanemu hymn Związku Radzieckiego i oddawał przy tym mocz wprost na sali. W obecności licznych świadków rzecz jasna. Porucznik, który nie raz wyciągał go z kłopotów, musi to zrobić i teraz. No, ale o sprawie wie już ubek i mówi – i jeszcze tego Jasiaka musicie wystawić, bo dość już nawywijał. No, ale porucznik, który jest szlachetny nie chce niszczyć kolegi. Ubek ma jednak jeszcze jedno zdjęcie, widać na nim siedzącą przy stoliku parę uśmiechniętych ludzi, którzy coś do siebie szepcą, mają najwyraźniej jakieś tajemnice….Jedną z nich jest właśnie nasz porucznik, a drugą ciężarna pani technik. Rodzi się – jak mawia Grzegorz Braun – kontrowersja, kto jest do cholery ojcem tego dziecka...ten co polewał wódkę, ten w czapce z daszkiem czy może nasz porucznik w uszance? Najlepsze jest, że wszyscy to wiedzą z wyjątkiem tego w czapce z daszkiem, który ma być prawnym opiekunem dzieciaka.

W tym momencie jeszcze nie dostrzegamy, że coś jest nie tak. Widzimy to dopiero wtedy kiedy ubek pojawia się po raz drugi, a porucznik zaczyna go straszyć ujawnieniem materiałów, które dał mu ksiądz. Ubek patrzy na niego uważnie – na porucznika znaczy i mówi – proponuję remis. To jest odzywka dla idiotów, bo my widzimy, że jest już po wszystkim. Milicja zaczyna wozić panią technik po szpitalach, ale za każdym razem przywożą ją z powrotem do tej chaty Dziędziela, chodzi bowiem o to, by komuś, to znaczy prawdziwemu ojcu dziecka, puściły nerwy. Prokurator okazuje się nie być wcale taki pijany, a Jasiak, który nagrywa całą wizję lokalną mówi w pewnym momencie do Jakubika – spieprzaj stąd, bo chcą cię zabić. Jakubik mu wierzy i ucieka. Nie będę Wam opowiadał do końca tej fabuły, powiem tylko o co chodziło i dlaczego dobrze to świadczy o Smarzowskim. To co widzimy, nie jest w istocie tym co widzimy, a w scenach z milicją, wszyscy z wyjątkiem autentycznych pozorantów, to znaczy starej kobiety i jej syna wariata, coś udają. I to jest piękne, dobrze rozegrane narracyjnie oraz ciekawe. Oczywiście realia tak nie wyglądały, ale to tylko film, mocno przejaskrawiony film. Dobrze by było, gdyby następnym razem Smarzowski nie przesadzał tak bardzo z detalami i tak zwanym klimatem. W obejściu zbrodniarza nie zawsze pada deszcz, a do roli Nicholsona nie koniecznie trzeba angażować Jakubika. Dobrze by było też, gdyby się zdecydował nie mieszać razem aż trzech historii, dwie w zupełności wystarczą.

Na tle filmów zagranicznych ten „Dom zły” to jest arcydzieło i majstersztyk, ale….Pomimo budowania wspólnego, europejskiego domu, języki ludów tę Europę zamieszkujących są tak różne, doświadczenia tak inne, kryteria oceny jakości tak rozbieżne, że żaden polski film nie może się tam podobać. Nikt go nie zrozumie na poziomie niuansów. A te są, mniemam najważniejsze. Smarzowski chciał zrobić sukces, połączył kilka ciekawych historii w jedno, ale nie ma komu, poza nami tutaj, tego ocenić. Widz patrzy i myśli – jeszcze jedna historia o wykolejeńcach – a to nie jest prawda. To jest film o metodzie i uwikłaniu, a także o tym, że nie da się uniknąć prawdziwych niebezpieczeństw.

 

Przypominam, że na stronie www.basnjakniedzwiedz.pl trwa promocja książek i czasopism. Baśń czeska i amerykańska po 10 zł, Baśń III po 15, tak samo Łowcy księży oraz Straż przednia. Nawigatory także po 10, ale ubywa ich w zastraszającym tempie, więc trzeba się spieszyć.



tagi: filmy  polskie  zagraniczne  smarzowski  dom zły 

gabriel-maciejewski
26 stycznia 2018 09:57
5     1149    8 zaloguj sie by polubić
komentarze:
Robo @gabriel-maciejewski
26 stycznia 2018 10:38

Wspaniali uchodzcy , szczerzy geje , wrazliwe lesbijki i popieprzeni brudni zakompleksieni europejczycy  a szczegolnie katolicy sa na codzien na kanalach Cinemax i Filmbox ktore to w promocji za 1zl rozdawala UPC. Nasi tego poziomu jeszcze nie osiagneli ale nie znaczy wcale ze sa w tyle w waleniu nas po glowach. Wala ile wlezie z kazdej strony.

zaloguj się by móc komentować

stanislaw-orda @gabriel-maciejewski
26 stycznia 2018 11:23

ja w sprawie dzinsów. Na pewno były przed 1980 rokiem (w drugiej połowie lat 70-tych), przynajmniej w Warszawie. Wówczas był to znak przynależnosci do określonej klasy towarzysko-zamożnościowej. Byli tacy, co nosli  swojski  produkt zakładów "Odra" (w Szczecinie), ci lepsi ubierali "Mustangi" produkowane bodajże w NRD (dzieciaki rodziców nomenklaturowych)  a ci z najwyższej półki mieli wciagnięte na cztery litery peweksowskie  "Wranler'y" czy Levis'y . Oczywiście były natychmiast wyprodukowane podróbki tych peweksowskich, które można było np. kupić na Bazarze Różyckiego.

Miałem w jednej z prac kolesia, którego ojciec był pilotem LOT-u i czasem latał do emiratów nad Zatoką Perską.Tam w sklepie wolnocłowym (na lotnisku) nabył kurtki z demobilu powietnamskiego US Army., którymi zahandlował ten koleś. Oryginalne kurtki, opracowane na warunki dżungli w tropikalnej.  Na nasze ówczesne zimy pasowały jak psu trampki, ale nie o to wszak chodziło.Wybłagałem kolesia, aby mi jedną odsprzedał, był to rok bodajże 1979, byłem kawalerem no i, rzecz jasna, chciałem "zaszpanować". Z trudem zgodził się, ale kosztowało mnie to ponad połowę moich ówczesnych miesięcznych poborów, a zarabiałem już sporo powyżej tzw. średniej. W całej Warszawie było wówczas, na wiosnę 1979 r. może czterech, a może pięciu szpanerów takich kurtkach. Podejrzewam, że wszystkie kupione u tego kolesia. I człowiek czuł się w czymś takim  niczym wybraniec losu.

Za jakieś pół roku, gdy wsiadem do trawmaju albo autobusu, to bodaj już co  trzeci młody człowiek płci męskiej miał na grzbiecie podobną kurtkę. Bazar Różyckiego po prostu zalał rynek ich  "klonami". Z ulgą odsprzedałem wtedy  swoją kurtkę młodszemu  braciakowi, bo jakoś przestała  mi się podobać.

 

 

zaloguj się by móc komentować

gabriel-maciejewski @gabriel-maciejewski
26 stycznia 2018 11:53

Jakubik w tym filmie nie należy do żadnej klasy

zaloguj się by móc komentować

parasolnikov @gabriel-maciejewski
26 stycznia 2018 12:07

Nie widzialem tego filmu, a czy uwierze?
Amerykanie mówią, że w filmie można pokazać wszystko byle nie pokazać sutka, u nas był najweselszy barak i mogliśmy oglądać także i sutki.

zaloguj się by móc komentować

Kuldahrus @gabriel-maciejewski
26 stycznia 2018 17:05

Ten film może być o czymkolwiek, ale po prostu w takiej formie jest, przynajmniej dla mnie, całkowicie nie do odbioru.

zaloguj się by móc komentować

zaloguj się by móc komentować