-

gabriel-maciejewski : autor książek, właściciel strony

Okraina Królestwa Polskiego. Krach koncepcji Międzymorza

Dynamika zdarzeń w obszarze naszych działań znacznie się zwiększa. Niektóre książki znikają, by już więcej nie powrócić, inne pojawiają się znienacka. I tak już, mam nadzieję, będzie, dopóki naprawdę się nie zmęczę. Dziś kończę II tom Baśni socjalistycznej, pozostanie jeszcze naniesienie błędów i poprawki redakcyjne, a także narysowanie sześciu ilustracji, bo cztery już są gotowe. Trochę więc to jeszcze potrwa. Nie martwmy się jednak, bo przed nami nowa książka, a niebawem, w czerwcu kolejna, a także kolejny, nowy numer kwartalnika poświęcony Ukrainie. Pełen, mam nadzieję, zaskoczeń. Od dziś w naszym sklepie wydawnictwo, na które bardzo czekałem. Przygotowywana długo przez Rafała i jego żonę publikacja zawierająca teksty źródłowe do historii Ukrainy. Niektóre z nich w nowym tłumaczeniu – jak na przykład Guillaume le Vasseur de Beauplan, niektóre publikowane po polsku po raz pierwszy, jak Pierre de Chevalier, inne zaś jak Szymon Starowolski będące kolejną już edycją kwestii zapomnianych, a ciągle ważnych. Książka zawiera dwie mapy dołączone do okładek. Jej treść zaś koresponduje z pracą naukową Andrzeja Gliwy – Kraina upartych niepogód, którą prezentujemy tutaj od kilku dni. To nie koniec, bo będzie jeszcze ukraiński nawigator.

Teraz ważna rzecz – nakład przyjedzie w poniedziałek, ale sprzedaż rozpoczynamy już dzisiaj, bo nie ma co czekać. Mamy trochę opóźnienia w wysyłce, tak więc proszę wszystkich o cierpliwość, książki na pewno do Państwa dotrą. Bardzo przepraszam wszystkich, którzy tu dzwonią, że nie odbieram telefonów. Nie czynię tego albowiem kończę książkę i zamykam kwartalnik. Nie ma więc mowy, bym teraz coś załatwiał. Książki na pewno dotrą, zamówienia zostaną zrealizowane, a uczeni radzieccy już dawno wymyślili coś tak sprytnego jak poczta internetowa, z której łatwo można skorzystać informując mnie o problemach związanych z zamówieniami.

Aha, jeszcze jedno – zdjąłem ze sklepu książkę o Komeńskim, bo nie mam odpowiedzi wydawcy dotyczącej kolejnej dostawy. Jeśli ją dostanę, książka znów się pojawi w sprzedaży. Poniżej fragmenty źródłowych tekstów z naszej nowej książki – Okraina Królestwa Polskiego. Krach koncepcji Międzymorza. W przyszłym tygodniu nagram na jej temat pogadankę, a później zrobimy dłuższy program z Rafałem, taki sam, jak ten z doktorem Gliwą. Zapraszam do lektury i zachęcam do odwiedzania portalu www.prawygornyrog.pl


 

Guillaume le Vasseur de Beauplan „Opis Ukrainy, na którą składają się liczne dzielnice Królestwa Polskiego, rozciągające się od kresów Moskwy aż do granic Transylwanii. Zbiór tamtejszych obyczajów, sposobu życia i prowadzenia wojen”.

„Kozacy są bardzo wprawni w przygotowaniu saletry, będącej w obfitości w tych rejonach i robią wspaniały proch armatni. Płeć niewieścia jest zatrudniona przy przędzeniu lnu i wełny, z których robią płótno i tkaniny do codziennego użytku. Wszyscy potrafią uprawiać ziemię, siać, żąć, piec chleb, przyrządzać mięsa wszelkiego rodzaju, warzyć piwo, wyrabiać miody pitne, warzyć cienkusz, palić wódkę itd. Nie ma również pośród nich osoby, niezależnie od wieku, płci czy krzepkości, która by nie usiłowała wznieść się ponad innych w piciu i hulankach. Nie ma wśród chrześcijan drugich takich, którzy tak jak oni rozumieją zasadę nie troszczenia się o jutrzejszy dzień. (…) Urodzajność ziem daje im zboże w takiej obfitości, że często nie wiedzą, co z nim zrobić, tym bardziej, że nie mają spławnych rzek, wpadających do morza, z wyjątkiem Borystenesu, na którym jednak 13 porohów hamuje spław 50 mil poniżej Kijowa. Ostatni z nich jest oddalony od pierwszego o siedem dużych mil, co daje jeden długi dzień, jak widać na mapie. To właśnie utrudnia im przewożenie zboża do Konstantynopola. Stąd też pochodzi ich lenistwo, przez które nie chce im się pracować, chyba że zmusza ich do tego konieczność i nie mają za co kupić niezbędnej rzeczy. Wolą pojechać i „pożyczyć”, co potrzebne u swych dobrych sąsiadów Turków, niż zadać sobie trud, by na to zarobić. Wystarczy im, jeśli mają co jeść i pić.

(…)

Korpus armii (nazywany w ich języku koszem) wraz ze skrzydłami porusza się teraz powoli, ale bezustannie, dzień i noc, nie dając armii wytchnąć dłużej niż godzinę, aż nie wejdą w kraj głębiej, na jakieś 60 do 80 mil, nie czyniąc po drodze żadnych szkód. Kiedy zaczyna się odwrót, korpus posuwa się w swoim tempie, a skrzydła, gdy dowódca je odprawi, mają pozwolenie na odskakiwanie, każde po swojej stronie, na odległość od 8 do 12 mil od korpusu, połowa do przodu, połowa w bok. Zapomniałem powiedzieć, że skrzydło, które może mieć od 8 do 10 tysięcy, dzieli się znowu na 10 lub 12 zagonów, od 500 do 600 Tatarów każdy, które rozbiegają się po wsiach. Otaczają je, stawiając cztery oddziały straży wokół każdej obleganej wioski i paląc wielki ogień całą noc, z obawy, by żaden chłop im nie umknął. Następnie grabią, palą i zabijają wszystkich, którzy stawiają opór, a tych, co się poddają chwytają i zabierają ze sobą, nie tylko mężczyzn i kobiety z dziećmi przy piersi, lecz również takie zwierzęta, jak konie, woły, krowy, barany, kozy itd. Jeśli chodzi o świnie, to wieczorem gromadzą je w szopie lub innym miejscu, by potem podłożyć ogień z czterech stron, a to z powodu wstrętu, jaki czują do tych zwierząt. Skrzydła te, jak już wspomnieliśmy, nie mając rozkazu oddalania się na więcej niż 8 do 12 mil, powracają z łupem, by dołączyć do korpusu, który łatwo odnaleźć, ponieważ zostawia za sobą wielki ślad. Przemieszcza się bowiem ławą szeroką na ponad 500 koni. Wystarczy zatem iść tym tropem i w 4 do 5 godzin doganiają korpus armii. Stąd, gdy tylko przybędą, od razu wychodzą dwa inne flankowe oddziały, w takiej samej liczbie, co pierwsze, jeden na prawo, drugi na lewo i sieją podobne spustoszenie, co poprzednicy. Po tym powracają, tak jak to miało miejsce wcześniej, i znów wyjeżdżają dwa świeże skrzydła, aby niszczyć, jak wcześniejsze. I tak, na zmianę, robią swoje wypady, dzięki czemu ich główne siły nigdy nie zostają uszczuplone. Liczą zawsze dwie trzecie armii, która porusza się tylko stępa (jak już mówiliśmy), aby zawsze mieć siły i być gotowym do walki z polską armią, jeśli ją spotkają, mimo że nie to jest ich zamiarem. Wprost przeciwnie, usiłują tego uniknąć za wszelką cenę. Nigdy nie wracają drogą, którą wjeżdżali, lecz zataczają swego rodzaju okrąg, aby móc lepiej umknąć armii polskiej, ponieważ biją się tylko w defensywie i muszą być do tego naprawdę zmuszeni. Chyba, że jest ich dziesięciu na jednego. A i tak wówczas będą czekać, by tamci pierwsi zaatakowali, ponieważ ci zbóje (bo tak należy nazwać tych Tatarów) nie wkraczają do Polski, by walczyć, ale by łupić i grabić z zaskoczenia. A gdy spotykają Polaków, to ci zazwyczaj pokonują ich łatwo i zmuszają do odwrotu szybszego niż stępem. Na koniec najeździwszy się pod dostatkiem i spustoszywszy kraj, kończą wyprawę, wracają na Dzikie Pola, rozciągające się na 30, 40 mil w głąb od granicy. Tam, czując się już pewnie, robią dłuższy postój, zbierając siły i wprowadzając porządek, jeśli byli w nieładzie po spotkaniu z Polakami.

(…)

Mimo, że kraj tutejszy leży na tej samej wysokości, co Normandia, jednak zimno nie jest tam równie surowe i ostre jak tutaj, o czym zaraz usłyszymy. Pośród rzeczy zasługujących w tej ziemi na uwagę jedną jest [właśnie] mróz, przez kilka ostatnich lat tak wielki, ostry i srogi, że stał się zupełnie nieznośny, nie tylko dla ludzi, szczególnie tych, którzy podążają za wojskiem lub w nim służą, lecz nawet dla bydła oraz koni i innych zwierząt użytkowych. Ci, których dopadł on swą srogością, jeśli nie są zagrożeni utratą życia, uważają, że wyszli z tego tanim kosztem, o ile przypłacili to tylko utratą jakiejś części ciała, palców tak rąk, jak i nóg, nosa, policzków, uszu czy też owego członka, którego przez wstydliwość nie ośmielam się nazwać. Ich naturalne ciepło gaśnie często w jednym momencie, powodując zamieranie z gangreny. Czasami zdarzają się silniejsi ludzie, których wspomniane części ciała nie poddają się raptownemu obumarciu, lecz i ci bez pomocy nie mogą zapobiec temu, by nie pojawiły się na owych członkach wrzody równie dokuczliwe, jak te, będące przyczyną humorów palących a złośliwych. Przebywając w tym kraju przekonałem się, że mróz nie jest mniej dokuczliwy czy niszczycielski wobec wszelkich rzeczy niż ogień, który je pochłania. Z reguły, na początku wrzód jest tak mały, że przyczyna bólu ma zaledwie wielkość [ziarenka] grochu. Ale w kilka dni, a czasem w kilka godzin powiększa się i rośnie tak, że niszczy całą część ciała. To właśnie w taki sposób dwie osoby, które znałem, straciły w bardzo krótkim czasie przez mróz swe najdelikatniejsze członki.

Czasami, a może i najczęściej, [mróz] dopada ludzi tak mocno i tak raptownie, że jest rzeczą niemożliwą, by go uniknąć. Szczególnie, gdy nie zastosowało się żadnych środków zabezpieczających wewnętrznych i zewnętrznych. Od mrozu umiera się w dwojaki sposób. Pierwszy jest bardzo szybki, ponieważ śmierć jest gwałtowna, choć może być nazwana łagodną, gdyż cierpienie nie trwa długo i umiera się we śnie. Jeśli, będąc w polu lub jadąc konno, w wozie lub karecie, nie zabezpieczyło się należycie, odpowiednio ubierając i okrywając futrem, oraz gdy nie ma się dostatecznie dużo sił, by stawić czoła zimnu tak ostremu, [wtedy] atakuje ono końcówki stóp i rąk, następnie całą resztę wspomnianych części ciała, w ten sposób, że traci się czucie w tych członkach, po czym następuje uśpienie, które przypomina letarg. W tym stanie ma się nieprzepartą potrzebę snu, która jeśli się za nią podąży, istotnie doprowadza nas do zaśnięcia, lecz jest to sen, z którego już się nigdy nie obudzimy. Ale jeśli my lub ktoś, kto nam towarzyszy, zrobi wszystko, by nas obudzić, unikniemy śmierci. W ten to sposób ja, mimo że byłem już na nią gotów, uniknąłem jej wiele razy, gdyż moi słudzy, którzy byli silniejsi i bardziej nawykli do podobnych ataków pogody, widząc, że zasypiałem, budzili mnie. Inny rodzaj śmierci od zamarznięcia, choć wcale nie tak nagły, jest za to okrutny i tak ciężki, to znaczy, tak niemożliwy do zniesienia, że tych, którzy go doświadczają, doprowadza na skraj obłędu. A oto co się przytrafia nawet najsilniejszym: zimno ogarnia ciało w krzyżu, wokół pasa, u jeźdźca poniżej pancerza, obejmuje je i ściska tak mocno, że zostają odmrożone wszystkie wnętrzności, przede wszystkim żołądek i jelita. Z tego to powodu, mimo że odczuwają ciągły głód, jeśli zjedzą nawet najbardziej lekkostrawne mięsa lub buliony, czy też soki mięsne, o ile je zdobędą, od razu jak tylko przełkną, wymiotują w silnych boleściach i kolkach tak okrutnych, że nie sposób tego wyrazić. Ci, których to spotkało, żalili się nieustannie, przy wtórze częstych i głośnych krzyków, które szarpały im wszystkie jelita i inne części brzucha. Najbardziej uczonym medykom pozostawiam zbadanie przyczyny tak wielkich i strasznych cierpień. Jako że nie jest to moim tematem, poprzestanę na przywołaniu tutaj tego, co widziałem dzięki ciekawości kilku miejscowych uczonych. Pragnąc zobaczyć skutek tak ciężkiej i gwałtownej choroby, zlecili otwarcie kilku ze zmarłych, w których znaleźli większość jelit czarnych, spalonych, jakby posklejanych razem, co dowiodło, że takie choroby generalnie są nieuleczalne. Wnętrzności te stopniowo psuły się i ulegały gangrenie, zmuszając chorych do bezustannych skarg i krzyków dniem i nocą, co sprawiało, że ich śmierć była okrutna, długa i nie pozostawiała chwili wytchnienia.

To przez tak siarczyste mrozy zostaliśmy zaatakowani w roku 1646, w czasie gdy armia polska wkroczyła do Moskwy z zamiarem oczekiwania tam na powrót Tatarów, by z nimi walczyć i odbić z ich rąk wszystkich jeńców, których pojmali. Mróz był jednak tak przeogromny i tak przenikliwy, że byliśmy zmuszeni zwinąć obóz z miejsca, gdzie go rozbiliśmy, ze stratą ponad dwóch tysięcy ludzi, z których większość umarła w sposób równie okrutny, jak wcześniej opisany, inni zaś stali się kalekami. Mróz ten zabijał tak ludzi, jak i konie, mimo że są bez porównania potężniejsze i silniejsze. Na tej wyprawie więcej niż tysiąc z nich zostało przez mróz zaatakowanych i nie mogło już dłużej chodzić. Wśród nich było sześć koni z kuchni pana hetmana polnego Potockiego (dziś hetmana wielkiego i kasztelana krakowskiego). Mrozy te pojawiły się w czasie, gdy byliśmy niedaleko rzeki Merlo, która wpada do Borystenesu. Remedium, zwykle stosowane, polega tylko na zabezpieczeniu się przy pomocy ciepłego okrycia i zaopatrzeniu we wszelkie środki, które rozgrzewają i mogą zapobiec tak silnym chłodom. Jeśli o mnie chodzi, jadąc w wozie lub karecie, zawsze trzymałem w tym celu psa na mych nogach, by je ogrzewał. Okrywałem je albo grubą wełnianą derą, albo wilczurą. Twarz przemywałem spirytusem, tak samo ręce i stopy, które zawijałem w pantofle czy inne okrycia nasączone tym samym płynem, który pozostawiałem na sobie do wyschnięcia. Dzięki tym środkom i Bożej pomocy uniknąłem wszystkich wypadków, o których była tu mowa, a których się doświadcza, jeśli się nie pije lub nie je żadnych ciepłych straw, jak robią to tutejsi, nawykli do spożywania trzy razy dziennie gorącego piwa z odrobiną masła, pieprzu i chleba, co zastępuje im zupę i chroni im wnętrzności przed mrozem.”


 

Pierre Chevalier „Historia wojen Kozaków z Polską oraz dyskurs o ich pochodzeniu, ziemi, obyczajach, rządzie i religii wraz z drugim o Tatarach przekopskich”.

„Niegdyś, jak i w czasach Zygmunta I, byli to ochotnicy z pogranicza Rusi, Wołynia i Podola oraz innych prowincji Polski, gromadzący się, tak jak robili to i dawniej, by oddawać się piractwu na Morzu Czarnym. Zazwyczaj zdobywali tam znaczne zyski i bogaty łup, zarówno z galer tureckich, napotykanych na morzu, jak i z najazdów na Anatolię, gdzie łupili i plądrowali często całe miasta, jak Trapezunt i Synopa. Mieli nawet odwagę zapędzić się kilkakrotnie na odległość dwóch mil od Konstantynopola i zdobywać tam jeńców i łup. Gdy nadchodziła jesień, każdy z tych awanturników powracał do siebie, umawiając się wcześniej na wiosenne spotkanie na wyspach i porohach Borystenesu, aby stamtąd wyruszyć na wyprawy.

Król Stefan Batory, któremu Polska zawdzięcza wiele wspaniałych praw, doceniając usługi, jakie mógłby uzyskać od owych włóczęgów, przy ochronie granicy z Rusią i Podolem, nieustannie narażonej na najazdy Tatarów, stworzył z nich oddział milicji, nadając im miasto Trechtymirów nad Borystenesem, wraz z ziemiami przyległymi, aby służyło im za garnizon. Utworzył dla nich godność hetmana, któremu nadał prawo wybierania podoficerów, niezbędnych do sprawowania władzy, i przyznając im dodatkowo, poza żołdem, przywileje i immunitety. Dołączył do tej piechoty kozackiej dwa tysiące konnicy, a na utrzymanie przeznaczył czwartą część wszystkich dochodów ze swoich dóbr, stąd nazywano ich „quartani”, a przekręcając – „quartiani”. W ten sposób utworzone siły do ochrony granic tak je zabezpieczały przed najazdami Tatarów, że całe pustkowie za miastami Bracław, Bar i Kijów [tzn. na południe od nich] zaczęło się zaludniać i zbudowano tam wiele miast i twierdz, a każdy pociągał za sobą osadników ze wszystkich sąsiednich prowincji.

Tak zarządzana milicja, zachowała się w tej formie i przysłużyła się Polsce bez porównania lepiej niż wcześniej, gdy rozproszona i włócząca się nie mogła działać dobrze wspólnymi siłami. Ale chociaż jej zjednoczenie było korzystne dla stawienia czoła Tatarom i dla osłony granic, to również wkrótce okazało się wyniszczające i szkodliwe dla samej Rzeczpospolitej, przeciw której owi żołdacy buntowali się wiele razy. W istocie Kozacy, czując się tak potrzebni, nie chcieli już prawie wcale słuchać rozkazów swoich zwierzchników, ani uznawać panów polskich, którym podlegali.

(…)

Można teraz wywnioskować z tej rozprawy o Kozakach, że to jedynie milicja, a nie naród, jak wielu uważało. Nie sposób znaleźć lepszego porównania niż do francsarchers, niegdyś utworzonych we Francji przez Karola VII. Byli zdolnymi nosić broń ludźmi, wybieranymi ze wszystkich parafii jego królestwa. Na pierwsze wezwanie króla musieli stawiać się w wyznaczonym miejscu i służyć na wojnie, dzięki czemu zwolnieni byli z wszelkich powinności i podatków. Tak samo jest z Kozakami. Wybrani i zwerbowani z Rusi, Wołynia i Podola, mając liczne wolności i przywileje, podobnie są zobowiązani do udania się tam, gdzie się im rozkaże. Wcześniej mieli jedynie, jak to było już wspomniane, tylko jedno miasto na schronienie, gdzie znajdowała się siedziba ich dowódcy, oraz porohy Borystenesu. Dlatego nazwano ich Kozakami zaporoskimi, odróżniając od Kozaków, którzy są w Moskwie, nad Donem albo Tanaisem.

(…)

Miejsca zajęte przez Turków to port Bałakława, bardzo ceniony, gdzie robią swoje statki i galery. Lecz jest to tylko osada mająca najwyżej sto lub dwieście dymów. Zamki Inkerman i zamek Mangup, z ruinami miast. Lecz najbardziej godne uwagi jest miasto Kaffa, dawna Teodozja. W czasach, gdy władali nim Genueńczycy było to jedno z najznamienitszych miast handlowych Lewantu. Od tamtego czasu bardzo podupadło (w porównaniu do swego poprzedniego stanu), co przydarzyło się wszystkim miejscom, które dostały się w panowanie osmańskie. A mimo to naliczy się jeszcze tam pięć lub sześć tysięcy dymów. Mieszkańcami tego miasta są Grecy, Włosi, będący potomkami rodzin Genueńczyków, Ormianie, Żydzi, Turcy i Tatarzy, lecz większość stanowią chrześcijanie, którzy mają tam czterdzieści pięć kościołów, tak obrządku greckiego, ormiańskiego, jak i łacińskiego.

Chersonez Taurydzki składa się częściowo z bardzo żyznych równin, a częściowo z lasów oraz gór. Rodzi wszelkie rodzaje zbóż, wspaniałych owoców i win. Chrześcijanie i Żydzi zajmują się tam uprawą roli, którą mieszkający tam Tatarzy zlecają swoim niewolnikom, uważając tę pracę za niegodną. Lecz jeśli chodzi o innych Tatarów, spoza Chersonezu, to mając ją w jeszcze większej pogardzie, bardziej cenią zajęcie pasterza i złodzieja. Ich bogactwem są konie i stada, wraz z łupem i niewolnikami obojga płci, których zdobywają w czasie wypraw i sprzedają handlarzom chrześcijańskim i żydowskim z Kaffy, po zostawieniu części dla siebie i po tym, jak chan prawem pierwszeństwa zabrał te kobiety i mężczyzn, których sobie wybrał. Stamtąd [niewolnicy] brani są przez handlarzy z Konstantynopola, Synopy, Trapezuntu i innych miejsc Lewantu. W szczególności kobiety i dziewczęta polskie są prowadzone czasem aż do Persji i Indii, by zaopatrywać seraje tych krajów, w których są szczególnie cenione. Niegdyś sułtani Egiptu zaopatrywali się w Taurydzie w Mameluków, tworząc tę milicję z niewolników, których Tatarzy porwali z Rusi, Podola, Moskwy i Czerkiesji. Lecz od czasu upadku tego militarnego imperium za Selima handel z Egiptem zanikł. Od handlarzy chrześcijańskich i żydowskich, w zamian za dostarczonych niewolników i bydło, Tatarzy nabywają tureckie konie, broń, tkaniny na ubrania i inne towary.

(…)

Niektórzy, nawet najwyżsi oficerowie, mający dla siebie pod dostatkiem żywności, porzucili smaczne kęsy, a jedli owe cuchnące mięso psów i koni, by nadać mu wykwintności w ustach żołnierzy. Firlej, mimo że wyniszczony przez wiek i choroby, postępowałby tak samo, gdyby mu w tym często nie przeszkadzali ci, którzy byli blisko niego. Wiśniowiecki i Koniecpolski nie przestawali czynić częstych wycieczek na oblegających, by pozbawić ich nadziei na rychłe pokonanie ludzi, którzy zachowali jeszcze tyle wigoru i odwagi pośród biedy, jakiej doznają. Tymczasem, poza niedostatkiem pożywienia, Polacy cierpieli na niedobór amunicji, co przeszkadzało im strzelać tak często, jak wcześniej. Kozacy, ze swej strony, nie próżnowali. Poza ciągłym ostrzałem polskiego obozu i atakami, których przypuszczanie od czasu do czasu wcale im się nie znudziło, usiłowali zdobyć miasto Zbaraż podkopami oraz odcinając obleganym wodę. Gdy jedno i drugie im się nie powiodło, wymyślili, by podłożyć ogień pod miasto, a szczególnie jedną z bram, która bardzo im przeszkadzała, gdyż była wyższa od innych i szedł z niej nieustanny ogień od najlepszych strzelców z polskich oddziałów. Wśród nich niesamowitej egzekucji dokonał rotmistrz [Jakub] Butler, podobnie ojciec [Piotr] Muchowiecki, jezuita, strzelając znad bramy zamkowej, osobiście położył więcej niż dwustu Kozaków. Wielka grupa buntowników, z pochodniami w dłoniach zbliżyła się do tej bramy, by podłożyć pod nią ogień, skąd, jak się wydawało, rozprzestrzeni się na inne miejsca. Lecz oblegani, uprzedzeni o ich zamiarze, przygotowali się, by go udaremnić. Ostro ich przyjmując, urządzili wielką rzeź.

(…)

Stałe kontakty Chmielnickiego i Turków, o których król Polski był informowany przez wrogich im sąsiednich władców, i to zuchwałe postępowanie wobec Rzeczypospolitej, zobligowało Jego Wysokość do zwołania sejmu walnego królestwa na koniec roku 1650. Władca przedstawił na nim nieznośne zachowanie hetmana kozackiego, zniewagi, jakich się dopuszczał wobec niego samego i Rzeczypospolitej, krzywdy doznane przez wielu szlachciców, ograbionych ze swych dóbr, którzy nie mogli na powrót objąć swojej własności, wielkie siły Chmielnickiego, które ten próbuje powiększyć posiłkami tatarskimi, a nawet tureckimi, tak że w każdej chwili może zgromadzić armię ponad osiemdziesięciotysięczną, w której każdy Kozak rejestrowy, a ich liczba, według ostatniego traktatu, doszła do czterdziestu tysięcy, żąda sługi na koniu i drugiego – pieszego, nie licząc parobka do pracy w polu. Król wskazał, że ich zamiarem jest zupełnie zrzucić zwierzchność Rzeczypospolitej i stworzyć odrębne państwo pod protekcją sułtana. Słowem, że są skłonni przedsięwziąć wszystko, jeśli nie powstrzyma się zawczasu ich marszu. W sejmie byli tacy, co wspominając zło, jakie wyrządziła ostatnia wojna, sądzili, że należy nad nią przedkładać pokój, jaki by nie był, dowodząc, że siły królestwa znacząco osłabły, a kozackie – stały się potężne. Zarówno same z siebie, jak i dzięki protekcji Osmanów. Lepiej więc będzie pozostać przy traktacie ze Zborowa. Lecz inni, liczniejsi, zastanawiając się tak nad przeszłością, jak i przyszłością, konstatowali, że trzeba wybrać jedno z dwóch: albo zniszczyć Kozaków, albo pozwolić królestwu nędznie zginąć.

(…)

Król przeznaczył większą część nocy na modlitwy oraz wydawanie niezbędnych rozkazów, a z nastaniem dnia [30 czerwca 1651] ustawił armię do bitwy. Wróg nic o tym nie wiedział, a to za sprawą bardzo gęstej mgły, która utrzymywała się owego poranka aż do godziny dziewiątej. (…) Gdy słońce rozproszyło mgłę, aż dotąd skrywającą wojsko, niczym celowo podniesioną ponad perspektywą teatralną kurtynę, ukazało się ono przed oczami wrogów w owym ordynku. Ci zaskoczeni byli porządkiem i wielką liczebnością armii, którą ujrzeli. Nie dlatego, by ich oddziały były mniej liczne. Mając więcej niż trzysta tysięcy wojowników, zajmowali ziemię tak daleko, jak można było sięgnąć wzrokiem. Tatarzy rozłożeni na kilku sąsiadujących wzniesieniach, o bardzo łagodnych zboczach, zapełniali całą przestrzeń szykiem o kształcie rogala, po swej prawej mając Kozaków, stojących naprzeciw lewego skrzydła polskiej armii, przemieszanych z licznymi skwadronami Tatarów. Tuż obok znajdował się tabor tychże Kozaków, składający się z wielu rzędów wozów, pośród których znajdowała się część sił kozackich, mogąca w takiej pozycji wytrzymać każdy atak. (…) [Król] dał rozkaz, do rozpoczęcia ostrzału wroga z dział. Polecił toczyć je na czele wojska i bić z nich od czasu do czasu, w miarę jak zbliżali się do wzniesień, zajętych przez Tatarów. Wielu, widząc, że jest już tak późno, chciało przełożyć bitwę na poranek dnia następnego. Inni przeciwnie, nalegali [na nią], obawiając się, że Kozacy uderzą w nocy na armię polską ze swym taborem, który niezmiernie wzmocnili, i zmuszą Polaków do opuszczenia pola bitwy. Jego Wysokość dał więc rozkaz do rozpoczęcia szarży przez księcia Wiśniowieckiego, który ruszył z dwunastoma kompaniami doświadczonego wojska, wspierany przez wojewodę podolskiego, pospolite ruszenie z województwa krakowskiego, sandomierskiego, łęczyckiego i przemyskiego. Kozacy przyjęli ich bardzo zaciekle i wrzawa bitewna trwała prawie godzinę, w czasie której dym i kurz zasłoniły innym widok na owe oddziały. Ponieważ atak zaczął się załamywać, w samą porę mocno wzmocniono go nowymi oddziałami, wysłanymi przez króla. Po ich przybyciu Kozacy zostali zepchnięci do taboru, a Tatarzy walczący razem z nimi, na swoje wzgórze. W tym czasie król prowadził bitwę przeciw głównym siłom tatarskim. Prawe skrzydło podeszło pod las, by zniweczyć plan licznych sił wroga, które tutaj urządziły zasadzkę, z zamiarem oskrzydlenia armii polskiej pośród największego bitewnego zamętu. Władca rozkazując, by toczyć przed sobą artylerię, a generał Przyjemski w odpowiednim momencie zarządzając, by dawać z niej ognia, co czyniono z dużym sukcesem, sprawili, że Tatarzy opuścili podnóże wzgórza. Artyleria stopniowo zdobyła szczyt, przetrzymując uprzednio ogień strzelb janczarów towarzyszących Tatarom. Jego Wysokość król Polski sam znalazł się w owym miejscu w wielkim niebezpieczeństwie. Cztery kule armatnie z kilku dział, które Tatarzy mieli na skraju lasu, przeleciały obok, a jedna z nich upadła u jego stóp. Niebawem Polacy odwzajemnili im się tym samym, ponieważ Otwinowski, tłumacz Jego Wysokości króla Polski z języków tureckiego i tatarskiego, zapewniał, że chan osobiście znajduje się w miejscu, w którym pojawia się wielki biały sztandar, a król rozkazał nastawić działo w tym kierunku. Pierwszy wystrzał zabił jednego z głównych dostojników tatarskich, znajdującego się obok chana, u którego wywołało to tak wielkie przerażenie, że myślał już tylko o wycofaniu się.”

 



tagi: książki  polska  ukraina  międzymorze  źródła 

gabriel-maciejewski
25 maja 2018 08:23
13     1426    6 zaloguj sie by polubić
komentarze:
gabriel-maciejewski @gabriel-maciejewski
25 maja 2018 08:35

Dodam może jeszcze tylko, że Guillaume le Vasseur de Beauplan to jest ten facet, który posłużył Sienkiewiczowi za kanwę Trylogii

zaloguj się by móc komentować

Maryla-Sztajer @gabriel-maciejewski
25 maja 2018 09:10

Dziękuję za te fragmenty 

.

 

zaloguj się by móc komentować

stanislaw-orda @gabriel-maciejewski
25 maja 2018 11:03

Wspomniane  mrozy w połowie XVII wieku to była tzw. mała epoka lodowcowa z kulminacją nasilenia w latach 1645 - 1715 , Był to okres tzw. minimum Maundera, czyli zależności aktywności słonecznej (częstości występowania  plam na Słońcu)  ze zmianami klimatu na Ziemi. Zjawisko to powiązał i opisał Edward Walter Maunder (1852-1828),   angielski astronom z Royal Observatory w Greenwich.

zaloguj się by móc komentować

Grzeralts @gabriel-maciejewski
25 maja 2018 11:38

I znowu trzeba bedzie kupić. Kiedy ja to wszystko przeczytam?

zaloguj się by móc komentować

Maryla-Sztajer @Grzeralts 25 maja 2018 11:38
25 maja 2018 11:47

To nie jedt największe zmartwienie. ...ja niestety piza takimi jak tutaj fragmentami prawie nie jestem w stanie. Musiało by być mi przez kogoś czytane,  na co nie mam szans. .

To jest dopiero żal. ..szczególnie jak dziś,  gdy widzę źródło mojej kochanej Trylogii. .

:).

 

zaloguj się by móc komentować



PiotrKozaczewski @Maryla-Sztajer 25 maja 2018 11:47
25 maja 2018 13:24

Szanowna Pani, jest coś takiego jak Speech2Go, tzn. ustrojstwo czytające drukowane teksty na głos.

https://lumen.pl/p/19/284/speech2go-z-glosem-polskim-ocr-czyli-rozpoznawanie-pisma-drukowanego-komputery-i-oprogramowanie-oferta.html

Może warto spróbowac?

zaloguj się by móc komentować

Maryla-Sztajer @PiotrKozaczewski 25 maja 2018 13:24
25 maja 2018 13:57

Może kiedyś spróbuję :). Na razie słucham tego co już mam w domu :)

Dzięki 

:)

 

zaloguj się by móc komentować


cbrengland @gabriel-maciejewski
25 maja 2018 17:34

"A gdy spotykają Polaków, to ci zazwyczaj pokonują ich łatwo i zmuszają do odwrotu szybszego niż stępem."

Podkreślić, wężykiem i rozpowszechniać, tak było, pamięć nie ginie, powrót do Polski i tylko

zaloguj się by móc komentować

rac @gabriel-maciejewski
25 maja 2018 22:04

Obie strony okładki:

zaloguj się by móc komentować

rac @rac 25 maja 2018 22:04
25 maja 2018 22:12

Aby zobaczyć obrazek w nieco większym rozmiarze trzeba kliknąć prawym przyciskiem i wybrać "pokaż obraz".

zaloguj się by móc komentować

zaloguj się by móc komentować