-

gabriel-maciejewski : autor książek, właściciel strony

O narodzie politycznym raz jeszcze

Ojciec Wicenty zaproponował mi wczoraj, żebym umieścił na blogu tekst Jacka Drobnego z 11 numeru Szkoły nawigatorów. Tekst dotyczy czerwca polskiego, ale tak naprawdę traktuje o definicjach narodu. Postanowiłem przychylić się do prośby Ojca Wincentego, tym bardziej, że mam sporo zajęć dzisiaj. Przypominam, że zostało już tylko 31 egz. książki zatytułowanej "Czerwiec polski" i 70 egz. "Tysiąca lat naszej wspólnoty". Przypominam także, że do końca marca trwa promocja Baśni socjalistycznej. Obydwa tomy kosztują teraz 60 zł. Z dniem pierwszego marca wracamy do starej ceny, obydwa tomy będą kosztować 104 zł. 

A teraz już Jacek Drobny

 

czyli historia czerwia polskiego

 

Polacy, Lachy, Polaczki, Polacken, tutejsi? Kim jesteśmy, kim ja jestem?

 

Naród wydaje się dziś być czymś bardzo zbliżonym, o ile nie tożsamym z religią. A z całą pewnością wzbudza współcześnie więcej emocji niż wszystkie dogmaty Kościoła Powszechnego. (do deifikacji narodu jeszcze wrócę). Ciekawe, że wszystkie możliwe definicje narodu oparte na kryteriach etnicznych, historycznych i kulturalnych dadzą się bez trudu sfalsyfikować. Stąd przyjmuję, że naród jako pojęcie jest czymś pięknie niedookreślonym – taki jest stan dzisiejszy. Ale kiedyś, za czasów Rzeczpospolitej Obojga Narodów termin naród polski oznaczał policzalny zbiór obywateli, ogół szlachty, czy też mówiąc tamtejszym językiem – wszystkich indygenatów. Dziś naród to pojęcie samoistne, pojęcie zamknięte samo w sobie. To ogół ludzi uznających się za konkretny naród. Nic ponadto. Żywy pleonazm. Definicja ta dopuszcza nawet taką sytuację, w której wszyscy Hutu – jak to napisał z okazji Dnia Flagi jeden z moich przyjaciół – mogą skutecznie uznać się za Polaków.

 

Naród bliski religii to księgi kanoniczne i Tradycja. Tradycja, która księgi te uformowała, wybrała te właśnie spośród wielu możliwości, inne odrzuciła, określiła ich porządek i hierarchię, narzuciła reguły interpretacji. Cóż możemy teraz zrobić, kiedy stoimy porzuceni przez przeszłość, świadomi, że Tradycja została nam odjęta. Jeżeli przyjąć, że Henryk Sienkiewicz, chłopiec z dworu, pisał swoje powieści dla innych chłopców z dworów, a dzisiaj, tam gdzie stał dwór czy pałac, straszą po wsiach niewielkie pagórki porosłe pokrzywą, zaś sami chłopcy z dworów leżą w Katyniu i innych nieznanych miejscach, to jak my możemy, bez popadania w herezję, odczytać właściwie naszą narodową tożsamość. Przy czym ważny jest kontekst tych dociekań. Jaki musiałby być stan narodu niemieckiego w hipotetycznej sytuacji, w której jedna z największych sieci handlowych Republiki Federalnej nosiłaby nazwę „Artykuły spożywcze” (dosłownie i ostentacyjnie, bez jakiejkolwiek translacji na język lokalny)?

 

Czasami mam wrażenie, że jesteśmy jak ten praski gliniany gigant, bezkształtny, bezrozumny i bezsilny, dopóki w jego usta rabin nie włoży pergaminu z imieniem Boga. Wtedy ożywamy, zadziwiamy siebie, ale przede wszystkim publiczność dookoła pokazem nadzwyczajnej siły i odporności, ale już nie samodzielności i roztropności, po czym, kiedy pergamin ten zostanie nam odjęty, tracimy wszystko i na powrót zastygamy, wracamy do pierwotnej postaci, do kupy gliny.

 

Czy możemy tę golemowatość przezwyciężyć? Być może.

 

Co mówi o nas język polski. Posłuchajmy.

 

Jesteśmy tu, w Polsce, jakakolwiek ona jest. Polską jest na pewno Wielkopolska i Małopolska. Jeździmy z jednej do drugiej. Z Wielkopolski do Małopolski i odwrotnie. Aby dostać się dalej, musimy jechać na: Kujawy, Śląsk, Mazowsze, Pomorze, Polesie, Podlasie. Zagadką są dla mnie Prusy. Jeździmy do Prus. Może dlatego, że Prusy są teraz pogrążone w mrokach historii.

Cóż znajduje się nieco dalej. Dokąd możemy się udać?

Możemy pojechać na Litwę czy Białoruś. Możemy pojechać na Ukrainę czy, inaczej mówiąc, Ruś. Dodajmy też, że możemy pojechać na Krym. Możemy udać się również na Łotwę. Ale już nie na Estonię. Jedziemy do Estonii. Tak jak do Rosji, Finlandii, Szwecji, Danii, Niemiec. Jedziemy też do Czech. Ale wybieramy się na Słowację i na Węgry. Również na Morawy. Z południowo-wschodnim kierunkiem jest o tyle ciekawie, że udajemy się na Wołoszczyznę, choć leży ona we współczesnej Rumunii przy granicy z Bułgarią, ale musimy pojechać do bliższej Mołdawii lub do Siedmiogrodu. Dalej zawsze jedziemy do, nigdy na. Taka nasza, ukryta w polszczyźnie „bliska zagranica”. A może nie bliska zagranica, tylko Polska właśnie? Rzucone na papier nasze polskie „na” rysuje przecież mapę dominiów jagiellońskich z przełomu XV i XVI wieku. Tak przy okazji - jeżeli Polacy ciągną na Moskwę, to język polski mówi wtedy nam, że trwa próba przeniesienia granic najbliższego sąsiedztwa.

 

Takie poczucie sąsiedztwa i bliskości, wręcz zadomowienia, przechowuje do dzisiaj polszczyzna.

 

Innym ciekawym, wręcz narzucającym się przykładem jest oszałamiająca kariera pojęcia kresy. Polskie Kresy są zawsze wschodnie i są to kresy ruchome. Do tego wszystkiego są to z reguły Kresy przez duże K. Nawet nie mówi się kresy wschodnie, po prostu Kresy. Nie znalazły żadnego szerszego uznania próby nazwania Dolnego Śląska, Pomorza Zachodniego i Prus Wschodnich terminem kresów zachodnich. W powszechnej świadomości są to ziemie odzyskane, żadne tam kresy. Odzyskanie od Rzeszy Niemieckiej. Za to na wschód od nas nie ma dziś żadnych ziem utraconych. Są za to Kresy. Ich zadziwiającą cechą jest to, że z upływem lat, co pokolenie, Kresy te systematycznie przesuwają się na zachód. Dziś podróżny jadący do Lwowa czy Wilna swobodnie mówi, że udaje się na kresy. Przed II wojną światową mówiący tak nie zostałby zrozumiany. Wydaje się, że Kresy pełnią w naszej polskiej mitologii taką samą rolę, jaką pełni w żeglarskiej nawigacji horyzont, linia pozornego zetknięcia się morza i nieba. Im jesteśmy niżej względem powierzchni wody, tym horyzont jest bliższy. Dlatego obserwuje się morze z latarni lub bocianiego gniazda u szczytu masztu. Jeżeli karłowaciejemy, to Kresy idą ku nam. Ale my nie tylko jesteśmy współczesnymi karłami. Nie stoimy też na ramionach gigantów. Dobrowolnie. A ponieważeśmy bardzo mali, to zmykamy chyłkiem na zachód. Przesuwamy centrum własnego świata i twierdzimy, kłamiąc w żywe oczy, że zawsze tak było. Czasami tylko jakiś stary człowiek przywraca nas do stanu przytomności mówiąc – Panie, ja z centralnej Polski, spod Zamościa. Dla przypomnienia – jeżeli wyrysujemy na mapie linię od Rygi, poprzez Grodno, do Lwowa – to uzyskamy linię dzielącą Rzeczpospolitą na część zachodnią i wschodnią. Patrzymy na świat tak, jakbyśmy byli zachodniopolakami. Czarnyszewicz i Jałowiecki to świadkowie spoza naszego świata.

 

W czerwcu 1989 roku, zdarzyło się, że towarzyszyłem półoficjalnej wizycie polskiej w Bonn. Dni były bardzo gorące, piwo natomiast zachęcająco zimne. Pamiętam jak wtedy pół nocy przedyskutowałem z przedstawicielem gospodarzy o Niemczech Wschodnich. Niemal jednogłośnie narzekaliśmy na utracone szanse rozwojowe, zdewastowaną infrastrukturę, archaiczny przemysł, zdemolowane przez komunizm poczucie szacunku dla własności. Po kilku godzinach zorientowałem się, że do naszego, zgodnego dotychczas utyskiwania, wkradł się jakiś dysonans. Ale my mówimy o Niemczech Wschodnich, o Niemieckiej Republice Demokratycznej – na wpół stwierdziłem, na wpół zapytałem. NRD to przecież Niemcy Środkowe – dobrodusznie wyprostował mnie gospodarz. Przez kolejne 25 lat wiele razy przypominałem sobie tę rozmowę. Początkowo miałem wrażenie, że mój niemiecki rozmówca dał się ponieść jakimś rodzinnym stereotypom. Potem sądziłem, że przypadkowo odkryto przed mną, tak od niechcenia, faktyczny paradygmat geopolityczny elity rządzącej Republiką Federalną Niemiec. Teraz wiem, że poczciwy Niemiec stał na straży niezmienności granic cesarstwa z 1618 roku. Oznacza to, że dzisiaj większość z nas błędnie sądzi, że zmiana granic na zachodzie musi być poprzedzona germanizacją. Nic podobnego. Królestwo Czeskie od początku było częścią Świętego Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego. I nie musieli królowie Czech mówić po niemiecku. Nikt ich do tego nie przymuszał. Oni chcieli mówić po niemiecku, aby skutecznie uczestniczyć w życiu publicznym cesarstwa. A wznowione po kilku latach przerwy połączenie kolejowe Wrocław-Berlin nosi nazwę Pociąg Do Kultury.

 

Nie mamy dziś na wschodzie ziem utraconych. Ale kiedyś takie ziemie mieliśmy. Smoleńsk Rzeczpospolita utraciła ostatni raz w 1654 roku. Wojna z Moskwą zakończyła się rozejmem andruszowskim, w wyniku którego, przejściowo – jak się nam wtedy się wydawało – utraciliśmy ziemię smoleńską, siewierską i czernihowską. Nazwano je avulsa – ziemie oderwane. Kresy – wymyślone w 1854 roku przez Wincentego Pola szybko przeniosły się z poezji do geografii politycznej.

 

Kariera terminu kresy jest w moim przekonaniu bezpośrednio związana z XIX-wieczną rezygnacją z suwerenności w nazywaniu świata po swojemu. W czasie tym zmieniło się wiele w języku polskim – najważniejsza była postępująca rezygnacja z używania terminu Moskwa. Nie był to proces łatwy i jednoznaczny. Jeszcze w XX wieku ksiądz Marian Tokarzewski pisał wyłącznie o rządzie moskiewskim. Zauważmy, że do dzisiaj państwo Magyar nazywamy po swojemu – Węgry (każdy, kto zna XIX-wieczną historię Węgier wie, że Madziar to ktoś inny od Węgra). Będę się upierał, że przy odrobinie wysiłku ze strony cesarstwa niemieckiego możliwe byłoby porzucenie przez Polaków terminu Niemcy na rzecz jakieś nowej formy spolszczonego dla łatwiejszej wymowy Deutschland. Zadziwiająca jest konsekwencja, z jaką narzucano Polakom słowo „Rosja”. Zaczęło się to na dobre w roku 1764, na otoczonym przez pułki moskiewskie i oddziały Familii Czartoryskich sejmie konwokacyjnym. Wtedy to Rzeczpospolita uznała zarówno tytuł imperatorski Katarzyny II, jak i pruski tytuł królewski Fryderyka II. Miało to potem smutne konsekwencje podczas rozbiorów – Moskwa podniosła swoje prawa do połączenia wszystkich ziem ruskich, zawarte w tytule cesarskim, zaś Prusy powołały się na uprawnienia do połączenia pod jednym berłem Prus książęcych i królewskich.

 

Powyżej wskazane XVIII-wieczne wydarzenia określamy powszechnie jako I rozbiór Polski. Jest to sformułowanie fałszywe, skażone perspektywą konstytucji 3-maja. W 1772 roku miały miejsce rozbiory Królestwa Polskiego i Wielkiego Księstwa Litewskiego. Jeżeli chcemy łatwego, prostego określenia – był to I rozbiór Rzeczpospolitej. Zrozumienie całej treści zawartej w słowie „Rosja” nie jest możliwe bez przyglądnięcia się narodowi polskiemu z czasów Rzeczpospolitej Obojga Narodów. Czy samookreślenie Jeremiego Wiśniowieckiego - rodu ruskiego, narodu polskiego, zrównywało ówczesnych Rusinów z Mazurami?

 

Co o Polakach mówi nam polska Marsylianka;

 

Przejdziem Wisłę przejdziem Wartę
będziem Polakami.

 

Zadziwiająca definicja. Czy dla zostania Polakiem niezbędne jest forsowanie rzek? A może konieczny jest jakiś świecki chrzest w rzekach Wielkopolski i Małopolski?

 

W „Panu Tadeuszu” Robak tak mówi do Sędziego;

 

Ważne rzeczy , mój bracie! Wojna tuż nad nami!

Wojna o Polskę! Bracie! Będziem Polakami!

 

Z tej perspektywy wygląda, na pierwszy rzut oka, że polskość jest stanem uzyskiwanym dzięki udziałowi w wojnie.

 

Z drugiej strony, tej moskiewskiej, w „Panu Tadeuszu” wygląda to zupełnie inaczej. Rykow mówi:

 

Co nam do Lachów? Niechaj Moskwa dla Moskala.

Polska dla Lacha, ale cóż? Car nie pozwala!

 

Polscy bohaterowie epopei to dla moskiewskiego oficera Lachy. W usta Rykowa Adam Mickiewicz wkłada nadto słowo, jakiego żaden Moskwicin nigdy by z własnej woli nie użył – Moskal. W oryginalnej wersji Mazurka Wybickiego również występuje Moskal, obok Niemca:

 

Niemiec, Moskal nie osiędzie,
gdy jąwszy pałasza,
hasłem wszystkich zgoda będzie
i ojczyzna nasza
.

 

Samuel Linde w swoim Słowniku Języka Polskiego z początku XIX wieku definiuje:

 

Moskwicin to z pogardą: Moskal, czyli Rosjanin.

 

Polacy Wybickiego i Mickiewicza to obywatele Rzeczpospolitej Obojga Narodów. Narodowość Polaków Wybickiego i Mickiewicza jest ściśle związana z państwem Polaków. Bez państwa Polacy tracą swoją polskość i osuwają się w otchłań jakiejś grupy etnicznej – polskiej, ukraińskiej, białoruskiej, litewskiej. Jak to ładnie pisali anglosascy historycy – Polacy i Węgrzy to narody historyczne. Polacy to naród definiowany przez prawa polityczne. Podobnie jak dziś definiowany jest na przykład naród amerykański. Wynikają z tego faktu doniosłe konsekwencje – spróbujcie znaleźć na przykład mapę mniejszości narodowych w USA. Jedyne co uda się odszukać, to mapa grup etnicznych w tym państwie. Każdy mieszkaniec USA, byle tylko z amerykańskim paszportem, jest Amerykaninem.

 

Definicja narodu Feliksa Konecznego, że miano narodu przysługuje wyłącznie tym wspólnotom, które posiadają cel inny, niż tylko własne przetrwanie, nie jest wyłącznie efektem jego akademickiej analizy. To podsumowanie historii własnego narodu. To jednocześnie świadomość, że ograniczenie narodu do sprawy danej grupy etnicznej jest drogą prowadzącą do samozatracenia. Taka intuicja zawsze była obecna w myśleniu elity Rzeczpospolitej Obojga Narodów, trwała po rozbiorach, coraz rzadziej spotykana. Dlatego Mieczysław Jałowiecki mógł zanotować w swoich wspomnienia następujący passus:

 

To jest nacjonalizm, admirale, a nie patriotyzm, a nacjonalizm to jest kompleks hołoty.

 

Naród polski Rzeczpospolitej Obojga Narodów był narodem politycznym, obejmował ogół obywateli, niezależnie od ich języka codziennego i wyznania. Naród polityczny to niezbędny warunek patriotyzmu. Naród etniczny pozwala wyłącznie na nacjonalizm. Istnienie narodu politycznego było możliwe tylko wtedy, kiedy istniała – jak to mówią dzisiejsi teoretycy polityki - „soft power”. Bez przyjmowanej bezdyskusyjnie supremacji religijnej, intelektualnej, moralnej i językowej białych anglosaskich protestantów, wychowanków Ivy League, nie ma obecnych Stanów Zjednoczonych. Pojęcie „soft power” określa domyślny ośrodek ciążenia, właściwy nie tylko imperiom. Chociaż najlepszy w tym zakresie jest jakiś porządny kult cargo. W Rzeczpospolitej nośnikiem „soft power” byli wychowankowie kolegiów jezuickich. Kiedy ich zabrakło, to Mickiewicz mógł tylko z żalem wspominać początek upadku:

 

Ach, ja pamiętam czasy, kiedy do Ojczyzny

Pierwszy raz zawitała moda francuszczyzny!

Gdy raptem paniczyki młode z cudzych krajów

Wtargnęli do nas hordą gorszą od Nogajów!

Prześladując w Ojczyźnie Boga, przodków wiarę,

Prawa i obyczaje, nawet suknie stare.

 

Jak mówi stary dowcip:

 

Z kim graniczy Rosja? Z kim chce. A z kim chce? Z nikim.

 

Dowcip ten doprowadził mnie do nowej, praktycznej definicji imperium. Imperium to organizm państwowy, w którym nie ma zdrajców. Są dysydenci, są pretendenci, są uzurpatorzy, natomiast brak jest zdrajców. Granice imperium są bowiem tymczasowe, są tylko funkcją obecnej równowagi sił czy innych utylitarnych względów. Bycie zdrajcą zakłada, że istnieje pewne schronienie przed odwetem za zdradę. Zdrajca wymaga swoistej pewności. W imperiach, które są w stanie zmienić swoje granice, pewności takiej nie można pokładać. Mój wskaźnik jest o tyle sprawny, że pozwala zidentyfikować czas, w którym dane państwo pozostaje imperium jedynie pro forma. Dlatego imperia zaludnione są wyłącznie przez narody polityczne. Narody etniczne, które zawsze można podzielić na mniejsze, bo zawsze znajdzie się jakaś różnica wymowy czy losu historycznego, są funkcją zewnętrznych interesów imperiów.

 

Polacy Rzeczpospolitej Obojga Narodów byli pierwotną formą narodu imperialnego. Nie chcieli jednak stać się treścią nowego imperium. Bywają imperia niefortunnie ufundowane, których misja staje się w chwili sukcesu poważnym ograniczeniem dalszej ekspansji, a w konsekwencji zwykłego trwania. Do tego typu imperiów należało Cesarstwo Rosyjskie. Zbudowane wokół misji zbierania ziem ruskich nie było w stanie w sposób trwały przenieść rosyjskości, czyli narodu politycznego imperium, na nie-Słowian. Na początku tego procesu zdarzały się takie wyjątki, jak bohater wojny 1812 roku, rosyjski generał Bagration, który dzisiaj byłby porządnym gruzińskim oficerem i nikim więcej. Tutaj też ma swoje źródło moja opozycja dla używania przez Polaków terminu Rosja, zwłaszcza dla wydarzeń sprzed owego 1764 roku. Słowo to oznacza dla mnie mentalną akceptację imperialnych ambicji Moskwy. Mówiąc Rosja przyznajemy państwu ze stolicą w Moskwie cechy, których to państwo od dawna nie posiada.

 

Narodowi politycznemu z reguły towarzyszą tutejsi. Według spisów powszechnych ludności w II Rzeczpospolitej na terenach byłego Wielkiego Księstwa było ich około 1 miliona. Do dzisiaj samookreślenie „tutejszy” traktowane jest jako wyraz braku świadomości narodowej, jakiś stan wstępny poprzedzający właściwą ekspresję samoświadomości. Nic bardziej mylnego. Tutejsi to ludność trwale wyłączona z procesu politycznego, przymusowo lub z własnej woli, pozbawiona obywatelskości – prawa i chęci do stanowienia o własnym państwie. Śmiem twierdzić, że znany powszechnie łatwy i szybki proces asymilacji polskich emigrantów w zachodniej Europie jest konsekwencją faktu, że wśród emigrantów dominują nasi polscy tutejsi – ludzie, którym sprawy publiczne są obojętne. Nie mam o to do nich pretensji. Jestem pewien, że gdyby zwykli Niemcy, Francuzi czy Anglicy mieli w sobie tyle odwagi co Poleszucy, ci od spisu powszechnego w 1921 czy w 1931 roku, gdyż wśród nich „tutejszość” objawiała się najczęściej, to znaleźliby oni w sobie podobną ekspresję i przedstawiliby się nam jako mówiący miejscowym języku nie-Niemcy, nie-Francuzi, nie-Anglicy. Pojmowanie narodu w kategoriach bliskich Rzeczpospolitej Obojga Narodów musi być nadal obecne na terenie byłego Wielkiego Księstwa. Mieliśmy przed II Wojną w Wilnie „krajowców”. Mamy dziś na Białorusi zjawisko litwinizmu, bardziej chyba jako ruch kulturalny niż polityczny. Wreszcie mamy prezydenta Łukaszenkę, który w 2010 roku powiedział tak:

 

Gdy mi polski minister spraw zagranicznych mówi o polskiej mniejszości – ja mu mówię – stój, zaczekaj drogi, dalej nie trzeba mówić. (…) Zapamiętaj to są nasi Polacy, to są moi Polacy, którzy żyją na Białorusi.

 

Na początku XVIII wieku wymyślono nie tylko Rosję. Została także wykreowana Wielka Brytania. Znamienne, że angielskie elity w czasach Tudorów odwoływały się do rzymskiej nazwy prowincji, wskazując bezpośrednio tradycje, które chciano ponownie ożywić. Kropkę nad i postawiono, kiedy w 1707 roku okazało się, że jest nie tylko Brytania, ale w dodatku Wielka. Bycie Brytyjczykiem do dzisiaj jest swoistym intelektualnym i duchowym majstersztykiem, bo zawiera w sobie nie tylko bycie Anglikiem, Szkotem, Walijczykiem czy Irlandczykiem, ale znacznie, znacznie więcej.

 

Czy polskość w nieetnicznym, politycznym kształcie ma jeszcze szanse. Niezależnie co myślimy o postaci Józefa Piłsudskiego, musimy przyznać, że był on w swoim czasie jednym z najbardziej przytomnych polityków. Kiedy mówił on, że albo Polska będzie wielka, albo nie będzie jej wcale, miał on na myśli – jak sądzę - właśnie przywrócenie pierwotnego znaczenia bycia Polakiem. Polacy sprzed kilku wieków byli w pewien sposób świadomi tego, że w swoisty sposób definiują własną świadomość narodową. Kultura sarmacka, obyczaj sarmacki i ten nie do pomylenia strój Sarmaty pojawiły się znienacka podczas rokoszu Zebrzydowskiego i zostały z nami już na stałe. Sarmatyzm, to był ówczesny sposób na połączenie koroniarza z Wielkopolski z bojarem z Rusi czy chorążym orszańskim znad litewsko-moskiewskiej granicy. Sarmaci to obywatele Rzeczpospolitej Obojga Narodów - katolicy, protestanci i prawosławni, wszyscy ze szkół jezuickich, swobodnie posługujący się łaciną, połączeni znakami herbowymi i prawami przekazanymi na wschód przez rycerstwo koronne. Przy okazji - wiele lat temu pisano w Warszawie o potrzebie powołania Muzeum Kresów. Jest to dla mnie znak zamykającej się we własnej etniczności polityki polskiej, której końcem jest zawsze bycie wyłącznie funkcją zależną polityki niemieckiej. W miejsce przyszłego Muzeum Kresów powinniśmy raczej powołać Muzeum Sarmackie z siedzibą w Warszawie, Wilnie Mińsku i Kijowie. Każde inne, ale każde na ten sam temat.

 

Jak to się stało, że nowożytny naród polski (jak to piszą dziś mądrze naukowcy) przekształcił się nam w XIX i XX wieku w etniczne narody polski, ukraiński, białoruski i litewski – nowoczesne narody Europy Wschodniej? Niemała była oczywiście w tym rola wywiadów wojskowych, zwłaszcza austriackiego i niemieckiego. Najważniejszą jednak rolę odegrało zwycięstwo myśli oświeceniowej w Warszawie. Oświecenie, jedna z najważniejszych herezji chrześcijańskich, zanegowało dogmat grzechu pierworodnego. W swoim pysznym uroszczeniu pisarze propagandowi oświecenia szerzyli przekonanie, że człowiek z natury jest dobry, ulega tylko zepsuciu przez cywilizację. Najbliżej stanu natury, oprócz dzikich ludzi na antypodach, był oczywiście lud. Został on włączony, bez swojej woli i świadomości w obręb narodu w akcie Konstytucji 3 maja. Czytając tekst tejże często zapominamy, że międzynarodowa recepcja aktu Konstytucji odbywała się przede wszystkim w kontekście przebiegu równoległego procesu rewolucyjnego we Francji. We Francji zaś niebawem uwięziono, po nieudanej ucieczce z Paryża, króla Ludwika XVI-go i wydarzyło się preludium do masowego terroru – masakra na Polu Marsowym. Przede wszystkim jednak we Francji ożywiano wówczas kulty pogańskie (pod pozorem nowych republikańskich obrzędów) – sadzono święte drzewa (Republiki), zamieniono urzędy publiczne w świątynie Wolności i Rozumu, obok których nie można było przejść bez przystanięcia i skłonienia się w kierunku budynku, wprowadzono obowiązek klękania przed barwami republikańskimi. Po tym wszystkim rewolucjoniści zmuszeni byli znaleźć powód, dla którego żołnierze armii republikańskiej mają walczyć i ginąć. W sposób oczywisty rewolucja unieważniła dwa dotychczasowe motywy udziału w wojnie – za Boga i Króla. Boga nie było, król zaś niebawem miał dać gardło, urzędnicy republikańscy nie wyglądali na wartych poświęcenia własnego życia. W tej sytuacji Naród był dla Paryża wybawieniem. Nadanie narodowi cech boskich pozwalało wytworzyć nową rewolucyjną i trwałą ideologię, ułatwiało też identyfikację wroga i jego odczłowieczenie. Stworzenie przez republikańskich ideologów pojęcia Narodu było w tamtym czasie przedsięwzięciem karkołomnym – zaledwie 1/4 ludności ówczesnej republiki mówiła językiem, który można by uznać za język francuski.

 

Przez wiele lat uważałem, że największą wadą Konstytucji 3 maja było zlikwidowanie federalnego charakteru Rzeczpospolitej i wprowadzenie unitarnej Rzeczpospolitej Polskiej. Widzę teraz, że towarzyszyła temu inna, bardziej zasadnicza, wręcz rewolucyjna zmiana. Polacy, ci szeroko pojmowani, jako naród polityczny, Sarmaci, zostali w niej zastąpieni przez Polaków mniejszych, etnicznych. Dlatego też późniejszy opór zbrojny przeciwko interwencji moskiewskiej miał miejsce wyłącznie na polskich ziemiach etnicznych. A podobnie było z powstaniami. Zawężenie definicji narodu polskiego było warunkiem sine qua non trwałego popadnięcia w niewolę i skutecznego w niej pozostawania. Podobny błąd popełnili Węgrzy. Traktat z Trianon z 1920 roku ma swoje korzenie w decyzji sejmu węgierskiego, który obradując w 1848 roku w Pożoniu zmienił język urzędowy Królestwa Węgier na węgierski. Natychmiast objawiły się separatyzmy – siedmiogrodzki, chorwacki, banacki i słowacki. A językiem elity i biurokracji królestwa do tej decyzji była łacina.

 

Upadek rządów rewolucyjnych we Francji podobny był w skutkach do upadku Tudorów 200 lat wcześniej. Restauracja ponapoleońska nie przywróciła status quo ante. Przede wszystkim pozostawiła ona zagrabione majątki w rękach nowych właścicieli. Monarchie ponapoleońskie przejęły nie tylko wytworzony przez rewolucjonistów aparat policyjny, ale całe państwo jego nową narodową ideologią (z oczywistym wyłączenie brytyjskiej monarchii). Kontynentalni uczestnicy kongresu wiedeńskiego z 1815 roku byli ukształtowani przez rewolucję. I rewolucji francuskiej pozostali wierni. Do dzisiaj. Lonty zostały zapalone, tliły się one bardzo długo, bo konieczna była długa i wytężona praca państwowego systemu edukacji produkującego etnicznych Francuzów, etnicznych Niemców czy etnicznych Rosjan. A także powszechny pobór do wojska. W tej smutnej XIX-wiecznej ewolucji pojęcia narodu najmniejszą winą obciążyć możemy naszych przodków. Pozbawieni własnego państwa, czekający na jego szczęśliwe wskrzeszenie bezwolnie osuwali się w otchłanie etnicznego narodu polskiego. Znane są opisy całych obszarów na wschodzie, które pamiętnikarze pamiętali jako polskie, później zaś, po kilkudziesięciu latach przyznawali, że jakiekolwiek żywe oznaki polskości na tym terenie zaginęły.

 

Czy możemy stać się na powrót narodem politycznym? De iure jesteśmy nim od 1997 roku, kiedy to nowa konstytucja zdefiniowała naród jako ogół obywateli. Jeżeli Polska ma być wielka, to gdzie są nasze kolegia jezuickie? Co ofiarujemy nowym Polakom w nowej Krewie? Kiedy prezydent Rzeczpospolitej powie na przykład tak:

 

Zapamiętaj to są nasi Rusini, to są moi Rusini, którzy żyją w Rzeczpospolitej.

 

Odrzucenie przez nas dziedzictwa Konstytucji 3 Maja wydaje się dziś równie mało prawdopodobne, jak odrzucenie postaci Lajosa Kossutha przez Węgrów. Ale nie ma innej drogi do Wielkiej Polski.

 

Na koniec – jedna uwaga. Niezależnie w jaki sposób pojmujemy naszą narodowość, musimy pamiętać, że dla innych jesteśmy ludźmi występującymi pod imperialną biało-czerwoną flagą. Biało -czerwona nie jest flagą etnicznych Polaków. Nasze barwy narodowe zostały po raz pierwszy uregulowane uchwałą Sejmu Królestwa Polskiego podczas powstania listopadowego w 1831 roku:

 

Kokardę Narodową stanowić będą kolory herbu Królestwa Polskiego i Wielkiego Księstwa Litewskiego, to jest kolor biały z czerwonym.

 

Było to istotne novum, pominąwszy bowiem epizod konstytucyjny w 1791 roku, mundury wojska polskiego w XVIII wieku czy w czasach napoleońskich używały barwy czerwonej i granatowej, białej tylko pomocniczo. Dodatkowo pamiętajmy o tym, że w XIX wieku nie używano systemu barw CMYK czy RGB i kolor czerwony w 1831 roku nie wyglądał prawdopodobnie tak jak dzisiaj. Ówczesny kolor czerwony dziś my nazywamy karmazynem. W Rzeczpospolitej kolor czerwony otrzymywano z wysuszonego czerwia polskiego (zwanego też czerwcem). Zbiór i handel czerwiem polskim miał bardzo duże znaczenie gospodarcze. Zbiór czerwia był powszechny – w Poznaniu, będącym centrum handlu sprzedawano rocznie około 30 ton barwnika z czerwia, koszenili, a na 1 kg należało zebrać od 155 do 260 tysięcy tych owadów. Koszenila była przez stulecia jednym z dwóch, obok pszenicy, głównych towarów eksportowych Rzeczypospolitej – do czasu kiedy na początku XIX wieku Francuzi otrzymali syntetyczny barwnik czerwony.

 

Jeżeli uznać, że narody i państwa powstawały wokół rynków, to nasze państwo i naród powstały dzięki temu niepozornemu owadowi. Jeżeli ktoś nie wierzy, niech rzuci wzrokiem na mapę zasięgu występowania tego owada.



tagi: polityka  gospodarka  naród  etnos 

gabriel-maciejewski
18 lutego 2019 09:11
16     2284    19 zaloguj sie by polubić
komentarze:
atelin @gabriel-maciejewski
18 lutego 2019 13:05

..."Co o Polakach mówi nam polska Marsylianka;

 

Przejdziem Wisłę przejdziem Wartę
będziem Polakami."...

W polskiej Marsyliance zwanej Warszawianką nie ma takiego fragmentu, pochodzi on bowiem z Mazurka Dąbrowskiego.

 

A tu na weselej:

"Narodowi politycznemu z reguły towarzyszą tutejsi. Według spisów powszechnych ludności w II Rzeczpospolitej na terenach byłego Wielkiego Księstwa było ich około 1 miliona. Do dzisiaj samookreślenie „tutejszy” traktowane jest jako wyraz braku świadomości narodowej, jakiś stan wstępny poprzedzający właściwą ekspresję samoświadomości." 

Przypomina mi się scena z "Konopielki", podczas której na zebraniu w szkolnej świetlicy dotyczącym stworzenia, w zabitej dechami wsi Taplary, szkoły agitator/aktywista ma problem z przekonaniem ciemnego ludu do walki z analfabetyzmem. W końcu wkurzony pyta:

- To co wy? Nie jesteście Polakami?

- Nie - pada z sali odpwiedź.

- To kto wy? - pyta agitator.

- My taplarscy - pada odpowiedź. Scena kończy się głośnym pierdem i wybuchem śmiechu wszystkich taplarskich.

zaloguj się by móc komentować

adamo21 @gabriel-maciejewski
18 lutego 2019 13:07

Text z cyklu 'poczytaj mi mamo'... do którego należy wracać raz w roku, a może nawet dużo częściej. 

PS Co też zwraca uwagę? Brak słowa, tak dzisiaj dominującego, 'żyd, żydzi.... itd' mimo, że wymieniane są nacje, narody i państwa europejskie i nie tylko. Ale... nie idźmy dalej.

zaloguj się by móc komentować

Janek-D @gabriel-maciejewski
18 lutego 2019 16:55

"Czerwiec..." czeka na kolejny urlop a tymczasem czytam "tysiąc lat..." i żałuję że nie trafiłem na nią 20 lat temu. Super lektura obowiązkową dla wszystkich

zaloguj się by móc komentować

mniszysko @gabriel-maciejewski
18 lutego 2019 17:33

Dzisiaj Coryllus zamieścił świetny tekst Jacka Drobnego. Wszystkie teksty Jacka Drobnego jakie znam są genialne. Ja osobiście jestem gotów płacić 50 złotych za Szkołę Nawigatorów pod warunkiem, że w każdym numerze będzie tekst Jacka Drobnego – tak bardzo cenię sobie przemyślenia tego autora.

Z tego właśnie powodu jestem głęboko zdumiony brakiem dyskusji pod dzisiejszym artykułem. To jest coś wstrząsającego!

Spróbuję więc ja wrzucić swoje parę groszy aby oddać szacunek i Coryllusowi, który nam tekst udostępnił i autorowi owego tekstu. Zacznę może od bardzo „dzisiejszego” pytania:

Czy Hiszpania jest narodem politycznym?

Myślę, że dzisiaj na pewno nie. Myślę, też że cały problem jaki rozgrywa się na półwyspie Pirenejskim polega właśnie na tym, że Hiszpan oznacza Kastylijczyka a język hiszpański jest odbierany jako język jednej nacji – Kastylijczyków a nie jako język pewnej wspólnoty politycznej, której na imię Hiszpania.

Czy kiedykolwiek był taki naród polityczny o nazwie Hiszpania?

Państwo na pewno było ale czy był, istniał naród hiszpański. Jeśli był to umarł wraz rezultatami Wielkiej Europejskiej Wojny Sukcesyjnej, która toczyła się równolegle. Na północy wokół polskiego tronu a na południu właśnie wokół hiszpańskiego. Do dzisiaj zresztą świętem narodowym Katalonii jest 11 września 1714, data klęski doniesionej przez Królestwo Aragonii, kiedy to padła Barcelona zdobyta przez francuskich Bourbonów. Ich hymn Els Segadors narodził się wtedy.  

Wydawać by się mogło, że dyskusja o narodzie politycznym, to są - takie sobie - teoretyczne rozważania. Niestety sytuacja jaka panuje na półwyspie Iberyjskim, mówi coś zupełnie odwrotnego.

Pisze Jacek Drobny, że państwo etniczne zawsze można podzielić, zawsze się znajdzie jakiś powód i znowu niech tutaj przykładem będzie Katalonia.

https://pl.wikipedia.org/wiki/Kraje_katalońskie

Dzisiaj mamy Katalonię i Walencję. Pomimo wspólnoty losów, z tego co wiem, obecnie nie chcą mieć wiele za sobą wspólnego. Barcelona i Walencja traktują się nawzajem jako rywale a nie sojusznicy. Zresztą nie trzeba daleko szukać wciąż straszą nas "śląskim narodem".

Wydaje mi się też, że na przykładzie Hiszpanii i RON lepiej możemy zrozumieć nasze losy. Wmawia się nam, żeśmy sami sobie winni, że to z naszej winy doszło do rozbiorów. Na pewno było dużo zaniechań ale do trumny zwanej rozbiorami to nas wepchnięto. I znowu popatrzmy na Hiszpanię. Władza królewska była tam zdecydowanie silniejsza. Liberum veto nie było. Dysponowali wojskami zaciężnymi, których brak nam się wypomina. Tron był dziedziczony i co im z tego wyszło?

Pokój w Utrechcie zadekretował poronienie politycznego narodu. Dzisiaj zaś obserwujemy finał rekonkwisty. Na pewno popełnili wiele błędów, ale na tę ścieżkę unicestwienia nie weszli dobrowolnie. Obce wiedźmy pracowały nad nimi długo i cierpliwie.

Jacek Drobny broni tak nie lubianej przez niektórych sarmackiej kultury. @Magazynier i inni mówią nam, że to była obca ideologia. Okazuje się jednak, że nie, że to była emanacja kulturalna politycznego narodu. Kiedy skończyła się kultura sarmacka zostaliśmy wepchnięci – podobnie jak Hiszpanie - na ścieżkę degradacji, która doprowadziła nas do bycia li tylko narodem etnicznym.

Co by się stało z Rzymianami, gdyby zamknęli się w obrębie Lacjum? Ciężko im szło ale w końcu stali się narodem politycznym. Św. Paweł był Rzymianinem. Co stanie się z nami zamkniętymi w ramach etnosu?

I na koniec jezuickie szkolnictwo. W tekście Jacka Drobnego podobnie jak w tekście zapodanym przez Rotmeistera „Tajne towarzystwa, masoneria i zniesienie Jezuitów” jeszcze raz wychodzi jak wielką katastrofą - nie do odwrócenia w skutkach – było zniewolenie papieża do kasaty jezuitów. Resztę działa dopełnił Napoleon i polska „oświecona” - wywodząca się ze środowisk Sejmu Czteroletniego - arystokracja w 1819 roku.

Doprawdy! Każdego roku dzień kasaty jezuitów powinien być obchodzony jako dzień żałoby katolickich narodów.

Najciekawsze w tym wszystkim jest to (teraz będę złośliwy, ale od czasu do czasu muszę dać jej upust), że stało się to, kiedy nie było jeszcze Soboru Watykańskiego II, zaś spora gromadka biskupów odprawiających trydenckie msze i mających w ręku katechizm Bellarmina oddawała się obrzydłym niebu błędom Oślepienia (czytaj Oświecenia).

To byłoby tyle tytułem ratowania honoru portalu SN.

zaloguj się by móc komentować

Maryla-Sztajer @gabriel-maciejewski
18 lutego 2019 18:45

Bardzo dobrze, że przypomniales ten tekst. 

Od dobrych kilku lat mówię  I piszę. ..teraz już prawie wcale. ..że moja Czeladź,  Księstwo Siewierskie,  po pierwszej wojnie Zagłębie Dąbrowskie,  to była GRANICA państwa.  Czeladź w ogóle zawsze miała idącą wręcz przez pola nasze granicę państwową. ..

Nikt nie rozumie ze gdy mówię ze Śląsk to co innego, to nie jedt to żaden antagonizm, tylko fakt,  informacja o stanie faktycznym od stuleci. 

 

Jasne ze dano nam Śląsk w wyniku umów nad naszymi głowami i my go trzymamy. Nie oddajemy. 

 

A z Kresami...już to jedt dla mnie niepojęte   jak ludzie dali sobie namieszać w głowie. 

Wisi nad moim biurkiem reprint starej mapy naszej x czasu Sobieskiego i wszystko widzę każdego dnia. 

.

 

zaloguj się by móc komentować

MZ @mniszysko 18 lutego 2019 17:33
18 lutego 2019 19:10

Tekst pokazuje jak ślepą uliczką była Narodowa Demokracja,zresztą w ND jak i w socjalizm nas na siłę wciśnięto i tak odbijamy się od jednego krawężnika do drugiego.Nie widzę to dobrze abyśmy z tego wyszli,tyle pokoleń zostało tak sformatowanych.

zaloguj się by móc komentować

Andrzej-z-Gdanska @mniszysko 18 lutego 2019 17:33
18 lutego 2019 19:38

Ojcze Mniszysko, napisał Ojciec do mnie w poprzedniej notce CORYLLUSA, cytuję ostatnie zdanie:

Apeluję o trochę dyscypliny bo inaczej będziemy produkowali czcionki i decybyle i nic więcej.

Jeśli to było tylko do mnie to przepraszam, że troche strollowałem notkę. Może faktycznie coś najpierw napisałem, a potem nawet nie pomyślałem co to było. :)

Może to zdanie podziałało na innych i nie ma dyskusji?

Poza tym cenny artykuł Pana Jacka zawiera około 30 akapitów! Ja muszę go przeczytać dwa razy i potem jeszcze przemyśleć. Prawie każdy akapit mógłby być rozwinięty do pojedynczego artykułu. I pod każdym byłoby dużo komentarzy. Jak skomentować 30 artykułów? Następny problem, który się pojawia, przy takim artykule jak Pana Jacka,  to brak  definicji terminów zawartych w tych artykułach-akapitach, ale nie powinny to być terminy z WIKI z wiadomych powodów. Zastanawiam się czy nie warto byłoby na użytek SN stworzyć stopniowo zestaw jednoznacznych, przedyskutowanych terminów, żeby potem mogła się odbyć prawdziwa dyskusja. Trochę to pachnie "szkołą", ale czy to nie jest "Szkoła Nawigatorów"?

zaloguj się by móc komentować

MarcinD @atelin 18 lutego 2019 13:05
18 lutego 2019 20:13

Świetna ta scena z Konopielki :) Polecam obejrzeć/przypomnieć sobie od 20 do 27 minuty:

https://www.cda.pl/video/29858821d

Np. "- Bo wy jesteście zacofani. - A to dobrze czy źle?"

zaloguj się by móc komentować

Nova @mniszysko 18 lutego 2019 17:33
18 lutego 2019 21:46

  Ech, mnie się marzy ponowna próba unii z jednym z sąsiadów ze wschodu na zasadach równych i sprawiedliwych. Na przykład unia z Białorusią z językiem urzędowym angielskim w aktach prawnych i wzajemnym sądem do rozstrzygania sporów ( dawnym trybunałem w Piotrkowie) w Brześciu Litewskim. I oczywiście swobodą kupna i sprzedaży ziemi i nieruchomości w obu krajach dla obywateli z obu stron. Pomarzyć. A dzis się dowiaduje,że nasze cudowne ministerstwo spraw zagranicznych skasowało tzw. wiz zakupowych( wizy na krótki przyjazd bezobowiązku dokumentacji noclegu). Sami sobie wytrącamy atuty z rąk, tracimy potencjalnych sojuszników ( Iran, Chiny, Białoruś) i podkładamy się "sojusznikom" bez żadnych zysków. Bardzo pouczający jest artykuł Pana Jacka Drobnego. Szczęść Boże Wielebny Ojcze.

zaloguj się by móc komentować

christopher5 @mniszysko 18 lutego 2019 17:33
18 lutego 2019 21:46

 o kasatach, honorze i ...'entropii', czyli musztarda po obiedzie...

Jeszcze gorzej dzieje się, gdy prawo stanowione próbuje pogodzić -jak w preambule polskiej Konstytucji 1997 roku, ale i w jej zapisach - normy oparte na etyce religijnej z normami opartymi na światopoglądzie ateistycznym. Ponieważ w starciu tych dwóch światopoglądów nie ma miejsca na kompromis - na gruncie koniunkturalnie i kompromisowo formułowanego prawa musi dochodzić do sytuacji, gdy decyduje czynnik polityczny. Takie prawo wcześniej czy później staje się przedłużeniem polityki kosztem redukcji prawa.
W przestrzeni konfliktów międzyludzkich toczy się zawsze cicha ale zażarta walka cywilizacyjna na dwóch różnych poziomach: walka między rozumieniem sprawiedliwości w oparciu o jakiś system etyczny, więc religijny - a jej rozumieniem jako racji nagiej siły, co oznacza ujmowanie społeczeństwa ludzkiego jako zwierzęcego stada; jest to ten najgłębszy poziom zasadniczej różnicy: między religijnym a ateistycznym światopoglądem, który nie odwołuje się do Autorytetu Absolutnego, lecz do moralnego relatywizmu1. Drugi, wyższy poziom trwającej tam walki pomiędzy cywilizacjami to płaszczyzna religijna: wedle etyki której re- ligii rozstrzygać konflikty międzyludzkie? Etyka której religii ma być fundamentem systemu prawnego?
Dlatego żydowskie lobby polityczne przywiązuje tak wielką wagę do judaizacji chrześcijaństwa. Prawo ma być słabe i płytkie, a wobec słabości prawa - etyka żydowska, nie-chrześcijańska. ma rządzić tam, gdzie nie sięga prawo. Tylko tam, gdzie chroni interesy żydowskie - prawo ma być twarde i głębokie...
Prawo oparte na skromnym „wspólnym mianowniku” religijnym jest słabe w praktyce, bo właśnie ograniczone swą ogólnikową kompromisowością; jest nadto słabe w swym społecznym oddziaływaniu, bo jest płytkie: unika wchodzenia w szczegóły wszędzie tam, gdzie mógłby objawić się jednak poważny konflikt norm etycznych różnych religii, objętych ogólnikowo owym wspólnym mianownikiem - gdy tymczasem każdy spór prawny jest szczególny: „diabeł tkwi w szczegółach”. Takie prawo nie jest też konsekwentne; gdyż tam, gdzie w swej płytkości unika jednoznacznych rozstrzygnięć pozwala na kształtowanie się stosunków międzyludzkich w drodze walki politycznej, a nie poprzez odwołanie się do ładu prawnego. Takie prawo nie cementuje społeczności - dezintegruje ją.
W państwach, których system prawny opiera się na takim słabym, skromnym wspólnym religijnym mianowniku etyczno- -moralnym, dokonuje się powolna erozja samego rozumienia sprawiedliwości, a „państwo prawa" ustępuje z wolna miejsca państwu-sitwie, Orwellowskiemu państwu, w' którym „jedne zwierzęta sa równiejsze od innych”.
Wybitny polski filozof Feliks Koneczny zauważył trafnie, że nie można być cywilizowanym na dwa sposoby i to jego stwierdzenie zachowuje swą ważność także w odniesieniu do państw2. Nie ma państw neutralnych światopoglądowo, światopoglądowo kompromisowych. Co najwyżej ich systemy prawne są wewnętrznie sprzeczne i dość łatwo jest ustalić, które normy prawne - sprzeczne z innymi - mają jednak wyraźne preferencje w praktyce, więc które są politycznie uprzywilejowane. 1 o to też toczy się zacięty lobbing polityczny w Polsce, w który zaangażowane jest żydowskie lobby polityczne: o przywileje dla Żydów w prawie stanowionym, o przywileje dla Żydów w stosowaniu prawa oraz o przywileje dla Żydów w interpretacji prawnych zapisów. Ciągle to samo.
Lobby żydowskie przeforsowało w obowiązującej polskiej Konstytucji z 1997 roku tzw. preambułę Mazowieckiego, która sprawia, że polski system prawa zawiera nie tylko ów ograniczający cywilizacyjnie wspólny mianownik religijny, ale nawet wspólny mianownik mający pogodzić religię z programowym ateizmem, wszelkie religie zwalczającym. System prawny oparty na takim „kompromisie” pracuje na rzecz destrukcji samego pojęcia sprawiedliwości, bo jak pogodzić „wartości ateistyczne” z wartościami religijnymi? Stada nie da się pogodzić ze społeczeństwem, cech naturalnych człowieka - z cechami człowieka jako produktu inżynierii społecznej, ani nagiej siły - ze sprawiedliwością. Ujawniające się często różnice zmuszają sądy do politycznego lawirowania w uzasadnieniach swych wyroków, a wyroki stają się małosprawiedliwe, za to bardzo upolitycznione.
Judaizacja chrześcijaństwa (które nie jest przecież kontynuacją, ale przeciwnie, przezwyciężeniem judaizmu) - to stały element obecny w działaniu żydowskiego lobby politycznego, nie tylko zresztą w Polsce, ale w Polsce, ze względu na jej katolicką tradycję, działanie to jest szczególnie nasilone.M.Miszalski

 

 

 

 

zaloguj się by móc komentować

emi @mniszysko 18 lutego 2019 17:33
18 lutego 2019 21:47

Ojciec ma rację, po raz pierwszy teraz czytałam- świetna rozprawka, czytając kiwałam głową na tak (w tematach, o których mam jakie-takie pojęcie). Dziękuję za namówienie Gospodarza na przytoczenie jej tutaj. 

zaloguj się by móc komentować


adamo21 @Witekbieszczady 18 lutego 2019 22:28
18 lutego 2019 23:47

Od dłuższego czasu twierdzą, że JO w spotkaniach z C robi sobie próbę generalną przed swoimi pogaduszkami w Klubie Ronina, dodatkowo odcedza jego (C) opinie i wypowiedzi, żeby mieć wieczorkiem więcej 'swojego'. Chciałbym się mylić, ale... przypadki vs znaki?

zaloguj się by móc komentować

Grzeralts @mniszysko 18 lutego 2019 17:33
19 lutego 2019 06:33

Nie odzywamy się, bo to tekst zamieszczony dla uporządkowania terminologii. A szerzej, są to kwestie trudne do wytłumaczenia większości rodaków, nie dlatego nawet, że trudne logicznie, czy terminologicznie, ale że to niewielu interesuje. Polacy nie chcą być narodem politycznym, pewna część nie chce być nawet narodem etnicznym. Polacy współcześni są zbiorem polskich plemion żyjących na obszarze, którego spójność, bezpieczeństwo oraz dobrobyt gwarantują instytucje i państwa zewnętrzne. Jedynym pozostałym zwornikiem dawnego polskiego narodu politycznego jest katolicyzm. Ale Kościół jest powszechny, stąd wszelkie ruchy zmierzające do jego "unarodowienia" czy dowolnej innej hermetyzacji są tak samo groźne dla nas jak ruchy otwarcie antykościelne.

zaloguj się by móc komentować

Brzoza @Grzeralts 19 lutego 2019 06:33
19 lutego 2019 10:11

Polski naród polityczny rozwiązał by wiele podstawowych problemów Kaszubów.

A katolik Józef Orzeł chciałby być poważnym człowiekiem, ale bez narodu politycznego może być tylko poważniej biorącym udział w czesaniu budżetów nakreślanych przez wroga.

zaloguj się by móc komentować

Grzeralts @Brzoza 19 lutego 2019 10:11
19 lutego 2019 11:30

Sęk w tym, że ma sami tych budżetów przed rodakami pilnujemy. I jeszcze zgłaszamy się do dysponentów z propozycjami jak je zmniejszyć.

zaloguj się by móc komentować

zaloguj się by móc komentować