-

gabriel-maciejewski : autor książek, właściciel strony

O konsumentach sztuki

Z konsumentami sztuki problem jest następujący – ich zwyczajnie na sztukę nie stać, stąd właśnie potrzeba stworzenia całego olbrzymiego obszaru niby-sztuki, który dopuszcza wymianę poglądów na temat tejże. Wymiana zaś tych poglądów przynosi konsumentom ukojenie nerwów i błogi spokój. Tym obszarem niby sztuki jest film. To jest jedyny istniejący dziś, a dostępny dla mas zakres komunikatów para-astystycznych, w którym każdy może zabrać głos. Widzimy to ostatnio na naszym blogowisku niemal codziennie. Widzimy i nie możemy się nadziwić.

Żeby obszar niby-sztuki czyli kino, mógł istnieć i dawać nieustającą satysfakcję niby-znawcom, konieczne jest zastosowanie kilku absolutnie kretyńskich i niewiarygodnych memów, które potrzymają mit o niezwykłości ludzi parających się filmem. Takich oto jak ten – Kubrick myślał nad filmem „Oczy szeroko zamknięte” przez 30 lat i było to myślenie obsesyjne. W końcu ten film zrobił i to jest arcydzieło. Do Kubricka trzeba dorosnąć. Nie będę wymieniał innych, podobnych idiotyzmów, bo sami wiecie o co chodzi. Kiedy jeszcze istniał rynek książki z prawdziwego zdarzenia, to znaczy kiedy wydawcy liczyli się z autorami i oceniali ich potencjał w przeliczeniu na gotówkę, opowiadano o książkach podobne bzdury. Balzac na przykład miał jedną stronę poprawiać po 30 razy. To jest niesamowite. Facet nie dociągnął do pięćdziesiątki, żarł jak wieprz, wypijał wiadra kawy, natłukł tych powieści jak Żyd czapek i jeszcze miał czas, żeby każdą stronę poprawiać po 30 razy. Kiedy on to robił?

Rynek sztuki ewoluuje i to jest ewolucja przebiegająca od propagandy do szulerki. Zawsze. Każda nowa idea, która ma się wyrazić w sztuce zaczyna się jako masowa propaganda, produkowana przez mistrzów bliskich doskonałości w swoim fachu, a kończy jako oleodruk sprzedawany przez zgarbionego handlarza, co nosi monidła na plecach. Kłopot z zauważeniem tego wiąże się z dwoma kwestiami – odległością w czasie i wielkością rynku. Jeśli odległość w czasie od opisywanych wypadków jest duża łatwiej je krytycznie ocenić, jeśli rynek jest ogromny, globalny, nie sposób go z kolei ocenić krytycznie, bo te oceny nie mają znaczenia, albowiem wszystkie instytucje globalne i lokalne pracują dla tego rynku. Mam tu na myśli uniwersytety, agendy polityczne i co tam jeszcze chcecie, czasem nawet Kościół. I wołanie, że król jest nagi nie ma sensu, albowiem aktywa zaangażowane w funkcjonowanie rynku unieważniają takie głosy. Pytanie – po co istnieje taki rynek? Rynek niby-sztuki czyli film istnieje po to, by robić propagandę i prać pieniądze. Rynek sztuki jest w ogóle złudzeniem i służy już tylko do przewałów, czasem też do integracji lokalnych środowisk biznesowych, które muszą na coś wydać swoje pieniądze.

Nas te wszystkie rzeczy nie dotyczą, albowiem w Polsce mamy sytuację specyficzną, to znaczy taką, że ludzie mówiący o sztuce, nie mają pieniędzy na to, żeby sobie kupić najmarniejszy obraz, najsłabszego artysty. Takiego, którego dałoby się ocenić w nieistniejących już kryteriach, funkcjonujących na rynku kiedyś. Nie jest to zresztą nikomu potrzebne, artyści zaś, którzy malują obrazy i przedstawiają na nich coś innego niż swoje obsesje, na przykład wodę, albo las, albo plażę, właściwie tylko wszystkim przeszkadzają. Jeśli oczywiście nie są związani z lokalnymi środowiskami złodziei publicznego grosza, zwanymi popularyzatorami kultury. Takich artystów nie powinno być, ale są. I my ich tu nawet osobiście znamy.

Ludziom więc pozostaje gadanie o filmie, w taki sposób, jakby film był dziełem za które odpowiada jeden człowiek, który włożył weń serce, całą swoją pasję i wszystkie umiejętności, jakie zdobył w czasie nauki i w praktyce. To nie jest prawda. Film to efekt budżetowych kompromisów, powstaje on na styku z innymi, propagandowymi kompromisami, i w zasadzie jest tylko i wyłącznie wyrazem pogardy jakie środowisko filmowców ma dla widza. Mówię o filmach z Hollywood, bo o innych nie ma co gadać. One bowiem wyznaczają standardy, a te – przenoszone do środowisk lokalnych – wynaturzają się i stają się jeszcze bardziej potworne. Tak jak to ma miejsce w Polsce, gdzie idiotyczne deklaracje o filmowych produkcjach a la Hollywood, składane przez polityków, doprowadziły do tego jedynie, że wszyscy złodzieje poobwieszani dla niepoznaki krzyżykami i medalikami podnieśli głowy znad swoich żerowisk i zastrzygli uszami…

Rynki, jak ja to nazywam, lub jak kto woli dziedziny sztuki, poddawane są pewnym ciśnieniom. Wywierają je ludzie, którzy dążą do maksymalnego uproszczenia obiegu gotówki na takim rynku, a to się nieodmiennie wiąże z likwidacją artysty i samego przedmiotu sztuki, a pozostawieniem na nim wyłącznie pośrednika, który za pomocą odpowiednio sprofilowanych gawęd przekona odbiorcę, że usunięte elementy nadal naprawdę istnieją.

Widać to było dobrze w dyskusjach o filmie toczonych tutaj u nas. Niestety toyah nie ma racji pisząc o Kubricku i nie zapamiętał dobrze jak kończy się film „Full metal jacket”. No, ale tak to właśnie z filmami bywa i myślę, że taki sposób formatowania dyskusji o filmie został przez hollywoodzkich cybernetyków przewidziany. To znaczy mamy kreacje sugerujące absolutną wielkość i skończoną doskonałość, ich filmów nikt od dawna nie ogląda, ale za to wszyscy wiedzą co o nich myśleć. I wokół tego toczy się dyskusja. Przyłożenie do tych dzieł kryteriów bardziej standardowych takich jak choćby kompozycja, nie wchodzi w grę i naraża człowieka, mnie przynajmniej wczoraj naraziło, na różne obelgi i nieprzyjemne sugestie ze strony znawców. No, ale taka jest prawda – ten film jest źle podzielony, aktor grający szaleńca jest słaby, dyskusje prowadzone przez rekrutów są niewiarygodne i przerysowane, co sugeruje, że reżyser nie wiedział w ogóle o czym ma być jego film. Dyskusje filozoficzne toczą się nie tylko w obecności kamery, ale także w obecności wietnamskich dziwek – dwa razy, a także nad zabitym kolegą – raz jeden. Na koniec, wszyscy w triumfie śpiewają, maszerując nocą, piosenkę o Myszce Miki.

Nie chcę już tego tematu ciągnąć dłużej. Powiem jeszcze może tylko słów kilka o rynku książki, który poddawany jest takim samym ciśnieniom jak inne rynki artystyczne – dąży się do wyeliminowania autorów, albo ich zestandaryzowania, według kryteriów podręcznikowych lub według segmentów rynkowych. Do zmniejszenia ich roli po prostu i postawienia w ich miejsce pośredników, którzy – żeby było taniej – łączyć będą w sobie kilka funkcji. I ja tego wczoraj doświadczyłem. Oto puszczali w radio program o upadku czytelnictwa. Gośćmi tego programu były jakieś zgredy z Instytutu Książki i jakaś pańcia z uniwersytetu. Nikt nie wpadł na pomysł, żeby zaprosić jednego choćby autora czy jednego choćby wydawcę. Oni się nie liczą, albowiem liczą się tylko ci, którzy chcą promować czytelnictwo. To było nie do wytrzymania. Jako urozmaicenie latały wiersza Asnyka i Szymborskiej, śpiewane przez współczesnych wykonawców, między innymi przez Jackowską. Wszyscy lamentowali i płakali, że dzieci nie czytają, menedżerowie nie czytają, a najgorsze jest to, że nie czytają emeryci. Nikt nie zadał pytania – co oni mają czytać? Nikt tego nie zrobił, bo to jest pytanie demaskujące istotę sprawy czyli ewolucję rynku książki, która zmierza w do tego, by zlikwidować autorów, pozostawić pulę książek nieboszczyków, wałkowaną i omawianą w nieskończoność i na tym mechanizmie, ustawiając się w roli pośrednika, kraść publiczne pieniądze. Nazywa się to wszystko razem popularyzacją kultury.

Inaczej nie będzie, musimy do tego przywyknąć.

Na dziś to tyle. Dziś o 14.30 będziemy z Józefem gadać o tym, kto może zastąpić Jarosława Kaczyńskiego.

 

A oto najnowsze nagranie „u Michała” w księgarni Foto-Mag, tym razem:

Gabriel Maciejewski o książce – Czas Ziemiaństwa. Antologia wspomnień

https://www.youtube.com/watch?v=0ronBf5oH7k

 

poprzednie nagrania:

O wydawniczych nowościach i kolejnych tomach baśni „Socjalizm i Śmierć”:

https://www.youtube.com/watch?v=D_pzN2U-hsA

O kwartalniku Szkoła Nawigatorów o protestantyzmie:
https://www.youtube.com/watch?v=mPtOH0VMOq0

O filmie Grzegorza Brauna „Luter i rewolucja protestancka”:

https://www.youtube.com/watch?v=69RcKACAUZI

O książce Hanny Koschenbahr-Łyskowskiej „Zielone rękawiczki”:

https://www.youtube.com/watch?v=PBIz5asguCA

O Bibliotece Historii Gospodarczej Polski:

https://www.youtube.com/watch?v=8xpy8i8nV6U

 



tagi: pieniądze  film  książka  sztuka  złodzieje  znawstwo 

gabriel-maciejewski
26 marca 2018 09:08
2     2138    8 zaloguj sie by polubić
komentarze:
Maryla-Sztajer @gabriel-maciejewski
26 marca 2018 11:53

Panie Coryllus wielce szanowny:) Ja tu zaczynam sprzątanie - gigant, a Ty piszesz takie teksty co to na kazde zdanie ....moich pięć....?....

.

 

zaloguj się by móc komentować

Maryla-Sztajer @gabriel-maciejewski
26 marca 2018 16:39

Nie daje mi spokoju tytuł,  jako taki. Zawsze mnue wkurza to zestawienie : konsument sztuki.

Chyba,  że kulinarnej.  Wtedy jedt OK.

.

 

zaloguj się by móc komentować

zaloguj się by móc komentować