-

gabriel-maciejewski : autor książek, właściciel strony

O filmach i gawędach historycznych

Ktoś tu wrzucił wczoraj link do zapowiedzi spektaklu „Światło w nocy”. To jest coś niesamowitego. Oto reżyser tego spektaklu dowiedział się, że po Wiśle, w czasie I wojny światowej pływały statki patrolowe, a na jednym z nich służył Ludwig Wittgenstein. Scenarzysta z charakterystycznym dla rodzimych autorów wdziękiem dokleił Wittgensteinowi, dwóch kolegów, z których jeden ma na imię Adolf i zostanie kiedyś dyktatorem, a drugi to taki dobry wojak Szwejk. Wyszła z tego śpiewogra o kondycji ludzkiej. Ja zaś tu siedzę i chce mi się płakać. - Głupi Gabrysiu – myślę, wiele lat temu, jak tylko przeczytałeś książkę Martina Gilberta zatytułowaną „Pierwsza wojna światowa” chciałeś napisać opowiadanie o tym statku pływającym po Wiśle z Wittgensteinem na pokładzie. Nie zrobiłeś tego, bo bałeś się spalić temat, tak był dobry. No i teraz masz za swoje. Inni go spalili i jeszcze się z tego cieszą. Cechą charakterystyczną bowiem narracji budowanych przez polskich autorów jest chęć zaprezentowania czegoś naprawdę wielkiego, a tego nie da się zrobić ani bez Szwejka, ani bez Hitlera. I nigdy z tego miejsca nie ruszymy. To jest silniejsze od nich. Powiem Wam jak było. Ten statek pływał aż na wysokość Kraśnika i Opola Lubelskiego. Po drugiej stronie frontu, na odcinku od Opola Lubelskiego do Kraśnika właśnie, żołnierzami rosyjskimi dowodził absolwent korpusu paziów Karl Gustaf Mannerheim. Gdzieś tam, wśród chmielu i buraczanych pól, pomiędzy rosyjskimi żołnierzami Mannerheima kręcił się chudy, jedenastoletni chłopiec. Był to mój dziadek. On oczywiście nie wiedział, kto dowodzi ruskim wojskiem, nie widział też tego człowieka na oczy. Sam jednak fakt, że był w tym miejscu, w którym byli również oni jest wystarczająco niezwykły, żeby zbudować niesamowitą historię. Jakby tego było mało Martin Gilbert pisze, że na tym statku Wittgenstein prowadził dziennik, zapisał w nim, że czuje się bardzo nieszczęśliwy z przynależności do tak nędznego i podrzędnego narodu, jak naród niemiecki. Naprawdę bowiem chciałby być Anglikiem. I to już jest naprawę wisienka na torcie. Ani Szwejk, ani Hitler nie są tu potrzebni. Jednak autorom tej sztuki zdawało się, że przecież bez Szwejka i Hitlera, te ciemne Poloki nie zrozumieją w ogóle o co chodzi, trzeba im więc ułatwić przełknięcie tematu. Jeszcze raz powtórzę – siedzę i płaczę. I mało mnie pociesza fakt, że włączyli prąd po ośmiu godzinach.

Chciałem dziś napisać coś o narracjach historycznych w filmach, albowiem najgorsze nasze przypuszczenia zamieniają się w pewność – Kurski rozpoczął produkcję serialu historycznego. Wybrał nonszalancko okres od ostatnich lat Władysława Łokietka, do końca Jagiellonów. Jak rozumiem, będą tam same najważniejsze rzeczy, a wszystkie pierwszoplanowe postacie ubrane zostaną w stroje z epoki. Nie chce mi się tego nawet krytykować. Powiem tyle, że w nieustająco ciekawych zapiskach Antoniego Słonimskiego, który jak wiecie jest bardzo niedyskretny jeśli idzie o swoje środowisko, znajdujemy taki passus – po odzyskaniu niepodległości wszyscy polscy autorzy rzucili się do pisania sztuk wysławiających wielkie momenty w historii narodu. Żadne tłumaczenia nie pomagały, żadne argumenty nie trafiały. Musiał być Batory pod Pskowem i inne takie, bo to miało podnieść naród na duchu. Nie podniosło. Nie mogło, bo propaganda im gorzej robiona tym straszliwsze zostawia spustoszenia w sercach. Niepodległość odzyskano, potem ją stracono, a o sztukach pisanych we wczesnych latach dwudziestych nikt już nie pamięta. Ja więc raz jeszcze powtórzę – musi być jakość i muszą być artyści z prawdziwego zdarzenia, tacy którzy mają warsztat i wizję. Reszta to śmieci. Z serialem Kurskiego będzie dokładnie tak samo jak z tymi sztukami i tak samo będzie z monumentalnym dziełem Pawlickiego i Łysiaka. Ja zaś mam tę jedynie nadzieję, że nie dożyję końca tej koślawej niepodległości, za sześć dziewięćdziesiąt, odmierzanej na łokcie.

Przejdźmy teraz do omówienia propagandy prawdziwej i prawie doskonałej, przebranej w kostium historyczny. Ja się może będę trochę powtarzał, ale są tacy co się powtarzają co tydzień i im się to wybacza. Mam nad nimi sporą przewagę więc nie ma się co zatrzymywać. Najlepszym filmem historycznym ostatnich dwóch dekad był, moim skromnym zdaniem, obraz zatytułowany „Ostatni Mohikanin”. Stało się tak, ponieważ odgrywający tam rolę główną Daniel Day Lewis jest artystą wybitnym i zainteresowanym wyłącznie doskonaleniem swojego warsztatu. Poza tym wygląda tak jak wygląda i nie ma dziewczyny, która by się za nim nie obejrzała. Daniel Day Lewis gra w tym filmie Nathaniela, bohatera najgorszych chyba książek, jakie powstały kiedykolwiek w Ameryce. Nie ma bowiem co ukrywać, że James Fenimore Cooper to oszust, grafoman, mason i człowiek pozbawiony zmysłu kompozycyjnego. Nie wiem co z tego jest najgorsze. Na podstawie słabej, przegadanej, nieprawdziwej i nudnej książki powstał film, którego nie można zapomnieć. Daniel Day Lewis potrafi biec przez las i w biegu ładować karabin skałkowy. Sceny walk są bardzo autentyczne, to znaczy żadne starcie nie trwa dłużej niż 10 sekund, bo też i w rzeczywistości trwać tyle nie mogło. Huronowie są liczni, dobrze zaopatrzeni w broń przez Francuzów i okrutni. Wes Studi jako Magua wygląda tak, że daj Panie Boże zdrowie. Dynamika tego filmu, nakręconego przecież bez żadnych efektów specjalnych, wbija w fotel, cała akcja zaś spięta jest, jak to zwykle bywa, postaciami dwóch ładnych dziewczyn. Reżyserowi udało się wyjść cało ze wszystkich raf narracyjnych, na który czytelnika wprowadził Cooper, oszukańczy sprzedawca zwietrzałych emocji. Do tego muzyka w tym filmie jest nie do zapomnienia. Tak wygląda prawdziwa, dobra, propaganda państwowa, propaganda imperium. Ktoś powie – no jak to, ale przecież Duncan, brytyjski oficer to nadęty buc i gamoń, który próbuje ożenić się z kobietą wcale w nim nie zakochaną. A pułkownik Munro, ginie zarżnięty przez Maguę, w dodatku w okolicznościach przynoszących hańbę armii brytyjskiej. No właśnie. Teraz wyobraźcie sobie jak Kurski rozwiązałby tę scenę, jak scenarzyści, co przygotowali sztukę „Światło w nocy” załatwiliby całą sekwencję wyjścia cywilów i resztek żołnierzy wspomaganych przez Mohawków z fortu Wiliam Henry. Wolę o tym nie myśleć, wolę też nie myśleć o Szycu w roli Nathaniela. W filmie wygląda to tak – kolumna posuwa się drogą wśród wysokich traw, a Huronowie chowają się w lesie ciągnącym się po obu stronach traktu. Zaczynają od wywołania paniki wśród kobiet i dzieci. Wiedzą, że Mohawków, najgorszych zwyrodnialców jakich kiedykolwiek nosiła amerykańska ziemia, jest za mało żeby ich powstrzymać. Chcą mieć jednak pewność, że straty będą minimalne. Wyją więc ile sił w płucach, ale jeden w końcu nie wytrzymuje i pędzi na oślep przez trawy, żeby zabić żołnierza. Zanim kolumna stanie w szyku i da salwę, on wbija topór w pierś jakiegoś Bogu ducha winnego szeregowca. Potem za nim ruszają inni, nikt nie ma żadnych szans na przeżycie. Wiadomo, że wszyscy zginą. Nathaniel, jego przybrany ojciec i Unkas, muszą uratować siebie i to w zasadzie wszystko. No, ale Nathaniel zdołał się w międzyczasie zakochać w córce pułkownika Munro i musi jeszcze uratować ją i jej siostrę. Dwie istoty całkowicie bezradne wśród tej przewalającej się nad pylistą drogą przemocy. Jak to wygląda? Daniel Day Lewis jest skuty i nie ma broni, ale widząc co się dzieje Mohowkowie uwalniają go. On chwyta za muszkiet, tomahawk i nóż, potem biegnie do miejsca gdzie schroniły się dwie kobiety. Najpierw strzela i odrzuca już niepotrzebną broń, potem rozwala głowy tym toporkiem, a na koniec już tylko dźga nożem. I piekło idzie przed nim, widzimy je wyraźnie. Widzimy też, że z tą miłością do córki pułkownika żartów nie będzie. Nie będę Wam opowiadał całego filmu. Obejrzyjcie go sobie.

Opowiem za to jak było naprawdę. Ta scena bowiem to mistrzostwo propagandowego kłamstwa. Wcześniej bowiem widzimy, jak markiz Montcalm, dowódca Francuzów, wsłuchany w śpiew chóru dziecięcego złożonego z indiańskich maluchów wykonujących kościelne, katolickie pieśni, daje Huronom pozwolenie na wymordowanie cywilów. Co za świnia...To oczywiście nieprawda. Montcalm nigdy by takiego pozwolenia nie wydał. Była to jedna z najjaśniejszych postaci w całej tej okropnej wojnie roku 1757. Montcalm oczywiście był obecny w czasie ewakuacji cywilów z fortu Wiliam Henry, był nawet, można to rzec śmiało głównym bohaterem tego wydarzenia. On i jego żołnierze osobiście osłaniali wyjście Anglików. Huronowie nie chcieli się na to zgodzić, czuli się oszukani, że nie pozwolono im zabijać bezbronnych i zaatakowali kolumnę. Francuzi i markiz Motcalm bronili tych ludzi, nie Nathaniel, nie Chingachcook i nie Unkas. Tak się jednak złożyło, że we Francji nie było nikogo, kto napisał by o tym książkę, nawet tak nędzną i słabą jak książka Coopera.

I teraz popatrzcie. W Polsce nie ma nikogo, kto wyszedłby poza podstawowy, wymyślony nie wiadomo gdzie schemat propagandy historycznej. Nie ma też aktorów, którzy potrafiliby zrobić to, co Daniel Day Lewis zrobił w filmie „Ostatni Mohikanin”. Jest tylko tępota, pewność siebie i przekonanie, że jak kochanka producenta pokaże cycki, to ludzie wykupią bilety. No i muszą być chorągwie nad stepem, dużo chorągwi. Nie mogę się otrząsnąć po tej wczorajszej dyskusji i zalinkowanych tu tekstach, po tym zdjęciu z siwym Łokietkiem, po tym „Świetle w nocy” i wszystkich zapowiedziach sukcesu, który nas wszystkich czeka w przyszłości. Niech to jasny szlag...wyleją ten beton i załatwią sprawę na 150 lat, do końca kolejnej okupacji.



tagi: historia  telewizja  filmy  kurski 

gabriel-maciejewski
13 lipca 2017 16:15
2     649    5 zaloguj sie by polubić
komentarze:
OdysSynLaertesa @gabriel-maciejewski
13 lipca 2017 17:19

"Aż poleje się krew" znowu 

Jacek Kaczmarski "Tradycja"

Okropna wizja 

zaloguj się by móc komentować

Kuldahrus @gabriel-maciejewski
13 lipca 2017 17:44

Ostatni mohikanin - majstersztyk propagandy imperium:

zaloguj się by móc komentować

zaloguj się by móc komentować