-

gabriel-maciejewski : autor książek, właściciel strony

Mowa trawa czyli chiński lud za zamkniętym lufcikiem

Rozładowywałem wczoraj nakład nowego nawigatora. Musiałbym go rozładowywać sam, ale na szczęście Jarek przyjechał mi pomóc. Prócz nawigatora przyjechały tu także dwie palety baśni socjalistycznej, które do wczoraj, ze względu na zapełnienie magazynu stały jeszcze w drukarni. Dzięki uprzejmości prezesa mogłem się przez pół roku nie martwić tym, gdzie je położyć. Nie padało. Przyjeżdżają tu różni kierowcy z tymi książkami, ale najgorszy jest pan Mirek. On ma w rzeczywistości inaczej na imię, ale niech dla nas zostanie panem Mirkiem. Nie będę próbował nawet zgadywać co mu jest, opiszę tylko stan faktyczny. Muszę to zrobić, bo inaczej, za jego kolejnym pobytem tutaj chwycę deskę i walnę go nią w ten pusty łeb. Przed przywiezieniem nakładu musiałem jeszcze pojechać do Niepokalanowa. Z panem Mirkiem zaś jest tak, że nie ma w zasadzie możliwości, żeby się z nim wiążąco umówić. Mam bardzo złe doświadczenia jeśli o to idzie i kiedy wiem, że on wiezie książki cały jestem w strachu. Kiedyś przywiózł mi nakład II tomu Woyniłłowicza. Szła akurat burza, porządna wiosenna burza z piorunami. On zaś nigdy nie wjeżdża na podwórko, może to zrobić, bo inni kierowcy wjeżdżają, nawet dużym samochodem, ale on nie. Mówi zawsze – o panie, a jak o coś zaczepię i plandegę zniszczę? Bo zamiast plandeka mówi pladega. Stoi więc na ulicy i wywozi mi te palety na podjazd. Tam je zostawia i ucieka. Zawsze przy tym coś opowiada. Przywiózł tego Woyniłłowicza i od razu zaczął gadać. Zwróciłem mu uwagę, że idzie burza. Popatrzył w niebo i rzekł – no tak. A musicie wiedzieć, że jest to jedyny kierowca, który widząc moją nędzę nie pomyśli o tym, żeby mi pomóc przy rozładunku. Wszyscy inni, choć za to nie płacę, zawsze mi pomagają. On nie, wychodzi z założenia, że jego los jest tak ciężki, że nie może go jeszcze dodatkowo dociążać jakimiś świadczeniami na rzecz innych. Burza jest coraz bliżej a na pace trzy palety. Trzeba podstawić wózek, wyciągnąć każdą na platformę, opuścić platformę, ściągnąć paletę i to samo z każdą kolejną. Kiedy ostatnia paleta znalazła się na platformie spadły pierwsze krople deszczu. Pan Mirek wyraźnie przyspieszył, bo to nie jest tak, że on ma tyle przyrodzonych dysfunkcji, że nie może się sprężyć. Może, ale uważa, że nie jest to konieczne. Kiedy paleta była już na podjeździe rozpadało się na dobre. Pan Mirek spojrzał w niebo i rzekł – o panie, teraz to pan musisz coś zrobić, bo będzie lać na całego. Ja lecę. Do widzenia. I pojechał. Ja zaś w deszczu przykryłem mój nakład kawałkami folii i poszedłem do domu modlić się, żeby papier nie przemókł. Jakoś na szczęście nie przemókł, bo książki są pakowane w kilka warstw papieru. Wczoraj dostałem z drukarni dwa telefony do niego. Zadzwoniłem z rana, żeby się jakoś umówić na konkretną godzinę i mieć czas na dojechanie do Niepokalanowa. Zadzwoniłem pod pierwszy numer. Niby coś ustaliliśmy, ale mając w pamięci wcześniejsze doświadczenia, nie byłem wcale pewien tych ustaleń. Kiedy byłem już z powrotem w domu pan Mirek zadzwonił i rzekł – Jadę do pana, ale wie pan co, nie może pan do mnie dzwonić na ten numer, bo to jest mój prywatny telefon i ja go mam w pracy dziś tylko przypadkiem. Mam drugi, służbowy numer i na ten powinien pan dzwonić. Ponieważ zależało mi, żeby ten nakład jednak dojechał zgodziłem się pokornie z panem Mirkiem. Kiedy w końcu podjechał, ja otworzyłem bagażnik mojego dużego samochodu i podjechałem nim pod bramę, bo on nie wjeżdża na podwórko. On na to – nie może pan tu stać. Dlaczego – pytam. - Bo nie zmieszczą się palety na podjeździe, musi pan odjechać, a jak ja wywiozę palety to wtedy sobie pan podjedzie. Zbaraniałem. System bowiem pracy z panem Mirkiem jest taki, że on staje przed bramą, wyładowuje palety, a ja potem ładuję paczki do swojego samochodu i podwożę je te kilkanaście metrów do garażu. Zacisnąłem zęby i odjechałem kawałek, choć miałem szczery zamiar przyładować panu Mirkowi deską. - A jeszcze mi to pan podpisze – powiedział i wręczył mi list przewozowy. Podpisałem. - A gdzie pieczątka? Pan Mirek jest jedynym kierowcą, który dopomina się o pieczątkę. Poszedłem do domu po tę cholerną pieczątkę. Kiedy wróciłem pan Mirek rzekł – a ma pan jakieś palety na wymianę? On jest jedynym kierowcą, który domaga się wymiany palet. Reszta jest szczęśliwa, kiedy zabieram od nich te palety. Pokazałem mu stos palet leżący na podwórku. Obejrzał każdą z osobna. - E, pogniłe jakieś – powiedział i poszedł do samochodu. Jarek patrzył na to wszystko i uśmiechał się tylko. Potem zaś powtórzył mi to, co powiedział już kiedyś wcześniej – jesteś bardzo złym szefem. To prawda jestem złym szefem. Nawet bardzo złym, właśnie mam za sobą rozmowę z działem wysyłek. Nie rozstrzygniętą niestety. Pewnie skończy się na szukaniu nowego pracownika. Jarek twierdzi bowiem, że jestem za miękki. Ludzie to wiedzą i usiłują mnie naciągać na różne rzeczy. Ja zaś, mając nadzieję, że poprzez ustępstwa uzyskam święty spokój i możliwość wykonywania czynności, do których mnie Bóg przeznaczył, staram się być miły i stworzyć dobrą oraz przyjacielską atmosferę. To się w końcu zawsze spotyka z agresją, w najlepszym razie z niezrozumieniem. No, ale ja niestety nie potrafię inaczej. Dzwoni tu ostatnio wiele osób, składają mi gratulację i winszują dobrej roboty. Nikt nie widzi zaplecza. Każdy widzi tylko sukces i książki, które są kolportowane pokątnie co prawda, ale w dużych ilościach. Ja się oczywiście cieszę i dziękuję za wszystkie dobre słowa. Muszę jednak dzisiaj rzec jedno, proszę Państwa, mam bardzo ograniczone możliwości. Wysiłek, który podjąłem i okoliczności z nim związane kosztują mnie coraz więcej. Nie mogę więc spokojnie znosić ponagleń, ani różnych oczekiwań. Nie jestem pisarzem z telenoweli. Nie czekają na mnie spotkania z wydawcami i omawianie kolejnych projektów przy lampce wina. Muszę sam rozładować nakład, użerać się z głupim Mirkiem i z próbującą zrobić ze mnie durnia panią od wysyłek. To nie dodaje mi ani splendoru ani chwały, ale to się nie zmieni. Jeśli więc ktoś spodziewa się, że poprzez udział w przedsięwzięciu, które prowadzę spotka go coś niezwykłego, może się srodze zawieść. Tu nie ma nic niezwykłego, a na co dzień rzecz wygląda tak, że łażę w przekrzywionej czapce, w gumowcach, po zabłoconym podwórku i noszę książki z magazynu. Bardzo dziękuję tym wszystkim, którzy rozumieją moją sytuację. Ona się nie zmieni. Mówię to z dużą dozą pewności. Nikt na to nie pozwoli. Chciałbym także jeszcze przypomnieć, że nasza przygoda trwa już dziewiąty rok, a tak naprawdę ja, jako autor ciągle jestem niezauważany. Godzę się z tym, bo wiem, że nie mam innego wyjścia, ale moja milcząca zgoda na ten stan tylko rozzuchwala ludzi, którzy chcieliby się kawałek przewieźć na moim garbie. Nie wiem jednak co z tym zrobić. Wiem, że siła tego bloga i siła platformy Szkoła nawigatorów rośnie, ale jakie to ma znaczenie w okolicznościach, w których nie jesteśmy dopuszczani do głosu w debacie publicznej? Jeśli złożymy to wszystko do kupy, sytuacja wygląda niewesoło. Opiszmy ten stan tak, jak on na to zasługuje – każda, najgorsza łachudra zostanie w przestrzeni publicznej powitana oklaskami, a my możemy liczyć na to jedynie, że jeden z drugim publicysta-celebryta zajrzy tutaj i okradnie nas z pomysłów. To wszystko. Jeśli więc, powtórzę, ktoś spodziewa się wielkiego sukcesu i jakichś splendorów związanych z moją działalnością, może się rozczarować. Powtórzę – to już dziewiąty rok, a ja ciągle wyglądam tak samo, robię to samo, tylko pracy mam więcej, bo każdy, od pana Mirka począwszy, poprzez panią od wysyłek, na prawicowych publicystach kończąc, uważa, że może u mnie znaleźć coś ciekawego i fajnego dla siebie. Pan Mirek kiedy był u mnie pierwszy raz, rozejrzał się po podwórku i ni z tego ni z owego zapytał – a może masz pan motocykl do sprzedania? Pokręciłem głową – nie mam i nigdy nie miałem. - Szkoda – pokręcił głową – ale jakby pan miał, to ja chętnie kupię. No więc chciałbym z całą mocą podkreślić, że nie sprzedajemy tu motocykli, nie mamy palet na wymianę, a za paliwo płacimy pracownikom tyle ile ono jest rzeczywiście warte. Ja wiem, że to jest karykatura stanowczości i że dupa ze mnie nie menago, ale wiem też, że to ja ciągnę to wszystko już dziewięć lat. Ja, nikt inny…

 

W tym momencie kończę z codzienną porcją poezji przeznaczonej dla Was mili czytelnicy i zabieram się za prozę. Wczoraj cały dzień sprawdzaliśmy stany magazynowe czyli robiliśmy remanent. Głębokość czarnej dziury, w której się znaleźliśmy, okazała się większa niż zakładałem. Nie chcę nazywać tego katastrofą, dlatego od razu przystąpię do szczegółowego opisu środków zaradczych, które uchronią mnie za rok od płacenia po raz piąty podatku za książki zalegające magazyn. Stare książki Toyaha wyjadą do Toyaha i on zrobi z nimi co zechce. Ja nie mogę ich dłużej trzymać. Nakłady z lat 2013-2014 zostaną dziś jeszcze drastycznie przecenione. Będziemy je po niskich cenach sprzedawać także księgarniom. Bez rabatu, bo ceny będą naprawdę niskie. Okazało się, że gdzieś w zakamarkach znalazło się jeszcze trochę nawigatorów nr 5. Nic więcej nie mogę wymyślić, poza oczywiście modlitwą o powodzenie wszystkich naszych przedsięwzięć, o co także i Was proszę.

 



tagi: wydawnictwo  zarządzanie  firma 

gabriel-maciejewski
5 stycznia 2018 09:17
11     1232    13 zaloguj sie by polubić
komentarze:
Maryla-Sztajer @gabriel-maciejewski
5 stycznia 2018 09:40

Wiesz, że wszystko to znam, nawet troszeczkę uczestniczyłam osobiście...Tylko szykany nie ze strony publicystów a wszelkiej maści władz uczelnianych....jak kraj długi i szeroki. No i ...chyba już będzie ze 20 lat....

Cieszymy się, że jesteś tu każdego dnia

.

 

zaloguj się by móc komentować

Janek-D @gabriel-maciejewski
5 stycznia 2018 10:12

Rozumiem ten ból, ból z zaplecza, wprawdzie z innej branży, jak człowiek jest miły dla pracowników i podwykonawców to najczęściej spotyka się z próbami wyłudzenia, wykorzystania jakiś sytuacji czy zrzucenia swojej niekompetencji właśnie na "zleceniodawcę"... dla mnie sukces który tutaj otrzymałem to fantastyczne lektury, wiedza (którą ciężko znaleźć) oraz przepiękne komiksy, memiksy którymi się delektuję. No ale to jest sukces Pana ... gdyby był z Pana typowy menago to pewnie nie cieszylibyśmy się tym co ty mamy...

zaloguj się by móc komentować

Grzeralts @Janek-D 5 stycznia 2018 10:12
5 stycznia 2018 11:08

I to jest coś tak specyficznie naszego, że w zasadzie może być traktowane jako cecha unikalna, narodowa (choć przecież nabyta).

zaloguj się by móc komentować

Maryla-Sztajer @gabriel-maciejewski
5 stycznia 2018 11:39

Policzyłam sobie...miałam w życiu do czynienia z 8 wydawnictwami. Pozostając w różnej do nich relacji i z różnym 'nasileniem' kontaktów.

Wazne państwowe, za PRLu... Większe i mniejsze ....Malutkie prywatne, dotowane przez miasto... Jak pracownik, bliski obserwator, uczestnik, autor...

To co robi Coryllus jest zjawiskiem naprawdę unikatowym. Myślę, że możliwym tylko z tego powodu, który sam często akcentuje....sam decyduje, sam płaci.... nawet jak błądzi, to za to też sam płaci. Czyli nie uzależnia się od czyjegoś interesu w darowaniu winy czy odwrotnie....Nie ulega naciskom czy wręcz szantażom. To dużo.

.

Duży temat

.

 

zaloguj się by móc komentować

beczka @gabriel-maciejewski
5 stycznia 2018 12:45

Nie możesz być znany, gdyż rynek jest skierowany w stronę ludzi dzielących budżety, a nie publiczności. W kwestii zaś pana Mirka, to spróbuj nasłać na niego swoją żonę. Kobiety chyba lepiej radzą z takimi typami, no i nie będzie chyba Mirek kazał kobiecie dźwigać palet?

zaloguj się by móc komentować

Jacek-Jarecki @gabriel-maciejewski
5 stycznia 2018 15:11

Trza było mieszkać bliżej. Wysłałbyś "szczałkę" to przylazłbym Ci pomóc.

Ps.

Pan Mirek ( wiem, że imię zmienione ) jest idealnym Mirkiem-kierowcą jakiego znałem ( imię autentyczne). 

Ja do niego grzecznie:

- Pomóż barani łbie przy rozładunku!

- Nie po to się uczyłem za kierowcę, żeby tyrać!

...

- Jacek! Jaaacek!

- Czego? - pytam grzecznie.

- Flaka mam. Pomóż, bo śruby jakiś ch... tak dokręcił.

I tak w kółko. Prawdziwe Mirki.

zaloguj się by móc komentować

adamo21 @gabriel-maciejewski
5 stycznia 2018 16:58

GM, Człowiek Orkiestra a p. Mirek to Szofer typu Chaufer (to od 'serek typu fromage').

Gospodarzu, czas zwolnić i oszczędzać siły i zdrowie. Wiem, że samo się nie zrobi, ale mimo wszystko. Znam te sprawy z autopsji.  

zaloguj się by móc komentować

eska @gabriel-maciejewski
5 stycznia 2018 17:16

Oj, biedny człowieku.... szkoda, że tak daleko mieszkam, ustawiłabym Ci tych państwa w mig. Nie ma to jak wprawa po latach na budowach :)))

A może zmień drukarnię? Jakby co, to służę - wszystko gra idealnie i do tego taniocha :)

zaloguj się by móc komentować

stanislaw-orda @beczka 5 stycznia 2018 12:45
5 stycznia 2018 17:37

"Pan Mirek" to  ilustracja szerszego problemu, w sytuacji gdy nie posiada się tzw. włąsnych mocy zaopatrzeniowo-transportowych lub też nie mozna ich szybko zorganizować w miejce aktualnych a dysfunkcyjnych.

Pan Mirek moze by i wjechał za brame, a nawet i wylazl z szoferki, gdyby miał nadzieję, ze dostanie ekstra  motywację, np. w postaci flaszki, albo bodaj "pyffka".

zaloguj się by móc komentować

przemsa @eska 5 stycznia 2018 17:16
5 stycznia 2018 18:08

> A może zmień drukarnię? Jakby co, to służę - wszystko gra idealnie i do tego taniocha :)

Też mam drukarnię godną polecenia, ale daleko od Ciebie.

 

zaloguj się by móc komentować

Kuldahrus @gabriel-maciejewski
5 stycznia 2018 19:35

Jeśli pracownik działu wysyłek to podwykonawca, a nie zatrudniony przez Klinikę, to rzeczywiście mogą być problemy.

Ja mam niestety ten sam problem co Ty, tylko w drugą stronę, tzn. zawsze trafiam na, lekko mówiąc, nierzetelnych pracodawców, którzy chcieliby wycisnąć z człowieka wszystko co się da nie płacąc przy tym prawie nic, a najlepiej zwolnić od razu jak odwali się najgorszą robotę, ale to akurat chyba większość ludzi w Polsce ma taki problem.

Żałuję, że nie mieszkam blisko, bo na wysyłce paczek i towarów się znam(kilka lat pracowałem na magazynie), a już od dłuższego czasu szukam pracy.

 

" Kiedy wróciłem pan Mirek rzekł – a ma pan jakieś palety na wymianę? On jest jedynym kierowcą, który domaga się wymiany palet. Reszta jest szczęśliwa, kiedy zabieram od nich te palety. Pokazałem mu stos palet leżący na podwórku. Obejrzał każdą z osobna. - E, pogniłe jakieś – powiedział i poszedł do samochodu."

To jest ten rodzaj kierowcy co występuje wszędzie - "A "białych" palet to nie macie na wymianę?!"

zaloguj się by móc komentować

zaloguj się by móc komentować