-

gabriel-maciejewski : autor książek, właściciel strony

Lublin - wspomnienia

Na początek ogłoszenie. Ten targ kończy się dzisiaj, a jutro są tylko imprezy. Ja zaś przenoszę się w inne miejsce i nie będę miał internetu, tak więc jutrzejszy tekst ukaże się jako popołudniówka.

W zasadzie cały dzień wczoraj przegadaliśmy o różnych sprawach. Przyjechała pantera, przyszli wierni czytelnicy i czas spędziliśmy miło, ale pod koniec dnia już ledwo stałem. Potem zaś, przy kolacji, na którą poszedłem sam, przypomniałem sobie Lublin z lat osiemdziesiątych, kiedy był dla mnie przystankiem w drodze do szkoły. Dziś kiedy o tym myślę, nie mogę uwierzyć, że to tak wyglądało. Miałem chorobę lokomocyjną, tak straszną, że dojechanie pociągiem do dziadków w Nałęczowie, było już problemem. No a do szkoły w Biłgoraju jeździłem systemem następującym – najpierw do Lublina pociągiem, a potem autobusem do Biłgoraja – 150 km, przez teren pagórkowaty i nierówny. Aviomarin jadłem już przed wejściem do pociągu, tak więc kiedy wytaczałem się z pociągu byłem w zasadzie w półśnie. Dopiero w drugiej klasie mi przeszło i mogłem odrzucić ten aviomarin, ale tylko w pociągu, przed wejściem do autobusu, musiałem zjeść dwa. Kiedy już znalzłem się w Lublinie, trzeba było przejść kawałek na Dworzec Południowy, skąd odchodziłu autobusy do Przemyśla, Biłgoraja i Rzeszowa. Tam zaczynała się prawdziwa jazda. Autobusów i miejsc było za mało, a na dworcu kłębił się tłum. Kolejka do kasy była takim pozawijanym wielokrotnie wężem, a ludzie, którzy w niej stali nie mieli żadnej nadziei, że kupią bilet i gdziekolwiek pojadą. Kiedy zjawiałem się na dworcu o godzinie dwunastej w południe, bilety na wszystkie autobusy odjeżdżające w niedługim czasie były już wyprzedane. Ci co stali w kolejce liczyli na to, że kupią bilet na godzinę 17.00 albo 19.00. I ja tak przeważnie czyniłem, snując się potem po dworcu przez wiele godzin, bez sensu, celu, książki do czyatnia. Czasem zjawiał się któryś z kolegów, ale to była rzadkość, dlatego, że ci, którzy mieszkali bliżej Lublina kupowali sobie bilety wcześniej i po prostu przyjeżdżali na określoną godzinę. Tak więc gdzy pojawiałem się w Lublinie o 12 w południe, to opuszczałem to miasto w okolicach 17.00, przy dobrych wiatrach, albo – co zdarzało się częściej – o 19.00. Najciekawiej było zimą, bo dworzec był słabo ogrzewany, a zwiedzanie jego okolic w mroźny wieczór nie stanowiło szczególnej atrakcji. Nie wiem czy kiedykolwiek później jeszcze miałem poczucie tak głupio marnowanego czasu.

Alternatywą dla takiego systemu była próba uproszenia kierowcy, jednego z wcześniejszych autobusów, żeby sprzedał mi miejsce stojące. Raz tak zrobiłem i najpierw musiałem stoczyć walkę o dostęp do kierowcy z jakimiś babinami i dziadkami, którzy chcieli się także dostać do Biłgoraja, a potem kiedy już byłem w środku i szczęśliwie stałem, okazało się, że zapomniałem zjeść aviomarin i nie mam przy sobie żadnej foliowej torby. Koniec tej podróży był tragiczny.

Może gdybym wpadł na pomysł, żeby nie kręcić się bez sensu w okolicach dworca PKS, PKP i bazarku przy nim, a wybrał się, na przykład na starówkę, ubogaciłbym się duchowo. No, ale starówka była daleko, a ja miałem na plecach, plecak pełen jedzenia, książek i ubrań, a do tego torbę na ramieniu. Wyglądałem jak typowy głupi Jasio z wioski, który usiłuje – wbrew okolicznościom i wszelkim prognozom – gdzieś dojechać. Mimo wszystko lubiłem miasto Lublin. Kojarzyło mi się zawsze dobrze i jakoś tak ciepło. Najbardziej lubiłem obserwować co działo się na ulicach, kiedy jechałem z Biłgoraja, w piątek po południu. Gdzieś w okolicach placu Bychawskiego była taka mordownia, z szydlem reklamującym piwo Perła, cała oszklona. Z autobusu było widać co działo się w środku no i rzecz jasna przed lokalem. A działy się tam ciekawe rzeczy. Kiedy autobus zatrzymał się na światłach, pasażerowie mogli obserwować tytaniczne zmagania, alkoholików, którzy usunięci z jakichś przyczyn ze środka lokalu, usiłują dostać się tam z powrotem, wykrzykując przy tym obelżywe słowa pod adresem tych, którzy ich stamtąd wypchnęli.

Generalnie z Biłgoraja do Lublina jechało się przyjemniej niż z Lublina do Biłgoraja. Pewnie z tego względu, że w tamtą stronę zwykle jechałem w ciemnościach, a zimą mogłem tylko patrzeć jak wiruje śnieg w świetle ulicznych latarń i w jak dziwne kształty układa go wiatr wiejący po pustych ulicach i chodnikach. Kiedy wracałem było prawie zawsze widno.

Żeby nie zdechnąć z nudów na tym Dworcu Południowym, oglądałem wystawy kiosków, odczytywałem tytuły książek i gazet, patrzyłem co się pokrywa kurzem na najbardziej oddalonych od okienka półkach. Przez wiele lat w kiosku przy dworcu stała odwrócona okładą do szyby, na bardzo wyeksponowanym miejscu pewna książka. Ja przyjeżdżałem i wyjeżdżałem, a ona tam ciągle była. Miała czarną okładkę, a tytuł i nazwisko autora wybite były okropną żółtą czcionką. Litery wygladały tak, jakby kto je wprawił w drżenie dźwiękiem o niskiej bardzo częstotliwości. Do tego domalowano jeszcze jakiś schematyczny miejski pejzaż, takie blokowisko. Za każdym razem, kiedy wracałem na dworzec po wakacjach okładka była coraz bardziej wypłowiała i bledsza. Zastanawialem się czasem czy nie kupić tej książki i nie spróbować jej przeczytać, ale jakoś się powstrzymałem. Tytuł mnie odstręczył, było bowiem bardzo dziwny. Książka nazywała się „Cichot Pana Boga”. Wiele lat później w końcówce komuny, ktoś wyreżyserował spektakl w teatrze telewizji na jej podstawie. Kompletnie idiotyczny i absurdalny. Główną rolę zagrał w nim Zdzisław Wardejn. Nie wiem kto tę książkę napisał, nie pamiętam też kiedy zniknęła, ale na pewno nie utrzymała się do końca moich przejazdów przez miasto Lublin. Pewnie wyrzucili ją w końcu do śmieci.

 

No nic, to na dziś tyle, jutro tekst będzie po południu. Jadę na targ.



tagi: wspomnienia  lublin 

gabriel-maciejewski
20 września 2019 09:13
11     1566    5 zaloguj sie by polubić
komentarze:
umami @gabriel-maciejewski
20 września 2019 09:58

Nie znam tej książki, ale żałuję, że jej nie przeczytałeś, bo to co o niej piszą, aż by się prosiło o Twoją recenzję. Taką zderzającą realizm książki z realizmem dworcowym. Autora (Andrzej Otrębski) też nie znam, ktoś w swojej opinii pisze tam, że książka została napisana po zniesieniu stanu wojennego w Polsce i, że filozofię władzy można podsumować tak: „ludzie to bydło, które potrzebuje poganiaczy, by stado szło w jednym kierunku — ideologie nie są do tego potrzebne, idee mieszają tylko w głowach. Można należeć albo do tej lepszej kasty zaganiaczy albo być bydłem”. Nakład 100 tys. z czego rozumiem, że autor należał do zaganiaczy. Rok wydania to 1986.
A „zimą mogłem tylko patrzeć jak wiruje śnieg w świetle ulicznych latarń i w jak dziwne kształty układa go wiatr wiejący po pustych ulicach i chodnikach” ładnie się wizualizuje.

zaloguj się by móc komentować

yesfan @gabriel-maciejewski
20 września 2019 10:10

Ostatni raz byłem w Lublinie w 2000 roku i choc było to na progu XXI wieku to miasto wygladało jakby tkwiło jeszcze w XIX. O ile reszta miasta wyglądło jako-tako to Stare Miasto wyglądało jakby okupant wyszedł przed chwilą. Brud, odrapane ściany i mili Panowie żulowie wygladający z bram.

Teraz musi byc lepiej :-)

zaloguj się by móc komentować

Marcin-K @gabriel-maciejewski
20 września 2019 10:20

O tej chorobie lokomocyjnej było w Dzieciach Prl-u. Ja miałem w pewnym sensie podobny wypadek, choć oczywiście na taką skalę. W tym samym mniej więcej wieku. Kilkukrotnie dostałem ataku najprawdziwszej migreny. To znaczy dopieo wiele lat później się dowiedziałem, że to była migrena. Najpierw szumiało mi w uszach, potem zakłócał mi się poważnie wzrok w jednym oku, a jeszcze potem, po jakichs dwudziestu minutach spadał na mnie potworny ból głowy, w skroniach, aż do zakłócenia mowy i mdłości. Nigdy o tym nie powiedziałem rodzicom, co pewnie nie było mądre. ostatni atak miałem na początku szkoły średniej, dopadło mnie w pociągu podmiejskim. Nie widziałem na oczy, zachowywałem się jak pijany nastolatek. Jakimś cudem dotarłem do domu słysząc na ulicy wołania ludzi, że wyrostek pijany się zatacza. Padłem spać i spałem do następnego ranka. I potem więcej już mi się to nigdy nie zdarzyło, nagle przeszło.

zaloguj się by móc komentować

umami @gabriel-maciejewski
20 września 2019 10:42

Nic nie mogę znaleźć o autorze, oprócz tego, że chyba on z mojego miasta Wrocławia.
I jedynie lista sztuk http://www.encyklopediateatru.pl/autorzy/7118/andrzej-otrebski
Ty się aviomarinem narkotyzowałeś a gdzieś tam, na zachodzie Polski, ktoś się uwijał przy maszynie...

Wrocław 1986 r. Na zdjęciu Andrzej Otrębski — pisarz, dziennikarz, zastępca redaktora naczelnego Polskiego Radia Wrocław.
https://gazetawroclawska.pl/70-lat-radia-wroclaw-taki-piekny-jubileusz-zdjecia/ga/10660651/zd/20229991

zaloguj się by móc komentować

Grzeralts @yesfan 20 września 2019 10:10
20 września 2019 10:45

Jest zdecydowanie lepiej.

zaloguj się by móc komentować

Grzeralts @gabriel-maciejewski
20 września 2019 10:47

Podróże PKSem w tamtych latach to było szczególne doświadczenie.

zaloguj się by móc komentować

emma @gabriel-maciejewski
20 września 2019 11:18

Wizyta na lubelskiej starówce w latach osiemdziesiątych istotnie mogła ubogacić .... W latach dziewiędziesiątych zresztą też. Wiem, bo bywałam od czasu do czasu. Na szczęście uniknęłam ubogacenia. Teraz to jest tam jest kultura, miasto europejskie, renesans inspiracji i co tylko .... 

Trochę szkoda niektórych klimatów ale przynajmniej jest gdzie zjeść, wypić, posiedzieć i pogadać ....

zaloguj się by móc komentować

DWiant @gabriel-maciejewski
20 września 2019 11:59

Pamietam swoje opcje na dostanie sie do akademikow na politechnike w lubline. Lata 90-te

Pirwszy rok na Politechnice.

Opcja pierwsza: 

Krasnik - Lublin, PKS na podzamcze a potem z buta do akademikow przez miasto. Po przejsciu ulicy glownej w Lubartowska w gore, przez centrum, Narutowicza i Nadbystrzycka. Na Lubartowskiej mozna bylo byc skrojonym wiec czasami sie przychodzilo z podarta kurtka i bez jedzenia na caly tydzien. 

Opcja druga;

Krasnik - Lublin, PKP a potem z buta przez park, Muzyczna, Narutowicza. Osobiscie nie preferowalem tej opcji bo w parku za duzo przestrzeni i obladowany torbami ciezko sie biegnie podczas ucieczki. Kozystalem z tej trasy tylko w ostatecznosci.

Drugi rok na politechnice:

Krasnik - Lublin PKS, Lubarowska... Przygotowany na ubogacenie i na to zeby ubogacic. Ani razu jedzenie nie stracone przez caly rok akademicki. 

Trzeci rok na politechnice:

Po malinach kupiony Fiat 126p.

 

 

 

 

zaloguj się by móc komentować

rac @Grzeralts 20 września 2019 10:45
20 września 2019 18:20

Ogólnie rzecz biorąc. Szczegóły jednak mogą zaskakiwać. PKS Południowy nie zmienił się wcale (główny PKS tak samo). Bychawski to już zupełnie inna przestrzeń. A książkę też pamiętam, choć pewnie nie z tego samego kiosku. Pozdrowię dziś od Ciebie, Gabrielu, stare kąty :-)

zaloguj się by móc komentować

Grzeralts @rac 20 września 2019 18:20
20 września 2019 18:52

Prawda, oba dworce PKS jak Zachodni w Warszawie - żywe skamieliny.

zaloguj się by móc komentować

stanislaw-orda @gabriel-maciejewski
20 września 2019 20:50

Lublin jest jako tako rozeznany, ale co z Biłgorajem?

zaloguj się by móc komentować

zaloguj się by móc komentować