-

gabriel-maciejewski : autor książek, właściciel strony

Kaja Mirecka Karsov Jasienica

Tekst umieszczam dopiero teraz bo wymieniałem olej w aucie i trochę to trwało. Miałem go opatrzyć tytułem „Stałe fragmenty gry”, ale pomyślałem, że taki będzie lepszy. Sprawy mają się tak, jeśli ktoś w Polsce, nadludzkim wysiłkiem woli, dorabia się jakiejś pozycji, ma osiągnięcia, za które za życia spotykają go jedynie obelgi i lekceważenie, albo nawet szykany grubszego kalibru, może być pewien, że pod koniec życia, bądź po śmierci zostanie przejęty przez żydokomunę. Jako marka po prostu, znak towarowy. Szczególnie widoczne jest to na rynku treści, na którym działamy. Kolega mi to wczoraj uświadomił (dzięki Kuba). Trzy najbardziej wyraziste przykłady – Nina Karsov i Józef Mackiewicz, Paweł Jasienica i jego kochanka z UB, a teraz Kaja Mirecka cośtamcośtam i Jan Karski. Numer jest powtarzany stale i stale wywołuje zdziwienie. Tak jakby ci, którzy tworzą, myślą i działają nie rozumieli, że każdy, oni także, szczególnie jeśli los nie szczędził im ciężkich doświadczeń, mogą być potraktowani jako zasób. Mogą, albowiem nie reprezentują żadnej organizacji, w przeciwieństwie do tamtych, czyli do przejmujących, czyli do żydokomuny. Tak się bowiem składa, że żadnemu Polakowi nie można wytłumaczyć prawdy najprostszej – liczą się tylko organizacje, a im bardziej naturalne czy, jeśli wolicie, organiczne więzi je spajają tym lepiej. Polakowi wystarczy szepnąć trzy słowa o indywidualizmie i on już głupieje, już mu się zdaje, że jest największym indywidualistą na świecie, a wszystkie jego poczynania, z rzyganiem po wódce włącznie noszą piętno geniuszu. To nie jest prawda na szczęście, o czym informuję wszystkich teraźniejszych i przyszłych geniuszy aspirujących do różnych nagród, w tym literackich.

Poczynania indywidualistów nie liczą się wcale, albowiem rynek treści jest rynkiem formatowanym przez organizacje globalne. Żeby pojawiło się na nim coś oryginalnego musi być na to pozwolenie. Dotyczy to także rynku treści w Polsce. Jeśli mamy sytuację skrajnie opresyjną dostęp do treści reguluje cenzura, jeśli mamy do czynienia z wariantem miękkim, wystarczy zamilczenie i kontrola kanałów dystrybucji. Potem, dla zamarkowania istnienia wielu wariantów tej samej treści i wymiany poglądów, na rynek wpuszcza się funkcjonariuszy przebranych za pisarzy i dziennikarzy. Ci ostatni muszą mieć poczucie bezkarności. Takie poczucie daje wyłącznie przynależność do organizacji i nic więcej. Żeby rzecz wyglądała autentycznie, prócz funkcjonariuszy, którzy są promowani, nagradzani i wbrew oczywistym faktom kreowani na geniuszy, musi istnieć szara masa frajerów, którzy wierzą w wolność słowa. I ta masa istnieje, wiemy o tym. Dziś nawet nie trzeba ich nazywać dziennikarzami, mówi się na nich mediaworkerzy. Co jakiś czas jednak ktoś przypomina sobie, że istnieje coś innego niż publicystyka czyli medialne dziamdzianie, dzieje się tak w momentach, kiedy wypróbowani funkcjonariusze już się zestarzeją i trzeba rekrutować nowych. Tego się nie da zrobić bezboleśnie, stąd nagle w mediach wysyp reportaży z życia wziętych, kontrowersyjnych wywiadów i treści innych niż standardowy bełkot. Momenty te dają czasem szansę zaistnienia ludziom normalnym.

Z pisarzami jest jeszcze łatwiej, bo ich się geniuszami po prostu ogłasza, bezapelacyjnie i bezterminowo. Czasem, ale bardzo rzadko zdarza się ktoś, kto nie rozumie sytuacji i zaczyna robić coś naprawdę. Jeśli nie uda się go zamilczeć, wszyscy grzecznie czekają aż się zestarzeje, zgłodnieje trochę i wtedy nasyła się na takiego jak nie Ninę Karsov i jej współczucie, to jakąś inną panią w eleganckiej bieliźnie i jest pozamiatane.

W naszych okolicznościach mamy to wszystko przećwiczone, ale nie przemyślane do końca. Któż jest przedmiotem tych, opisanych wyżej zabiegów i operacji? To ludzie mówiący po polsku, którzy powinni się zachowywać w określony sposób i myśleć w określony sposób, po to, żeby nie sprawiać kłopotów organizacjom globalnym. Można w skrócie powiedzieć, że celem tych operacji jest naród. Naród jednak ma tendencję do rozbiegania się w różne strony, albowiem jednym z narzędzi służących do robienia temu narodowi wody z mózgu jest indywidualizm. Potrzebne jest więc narzędzie konsolidujące naród przeciwko wrogom. I ono się z miejsca znajduje, leży na pawlaczu, zawsze gotowe do użycia. Nosi nazwę „ideologia narodowa”. Cóż to znaczy „narodowa”? To znaczy lokalna. Czy organizacja o charakterze lokalnym, nawet uzbrojona po zęby, jak SS czy Wermacht może się przeciwstawić organizacjom globalnym, takim jak FED czy międzynarodówka komunistyczna? Rzecz jasna nie i mam nadzieję, że udowadniać tego nikomu nie trzeba. Taka organizacja jest jedynie narzędziem w ręku organizacji globalnych, a jej liderzy, w sposób naturalny niezorientowani w istotnych realiach, służą temu jedynie, by dyscyplinować masy. Jest ona także schronieniem dla tych, którzy nie radzą sobie z różnymi emocjami i muszą je czymś zabezpieczać i stymulować w jakiś sposób. Innej funkcji organizacje narodowe nie mają. Ich charakterystyczną cechą jest to, że przywódcy są tam naznaczani z zewnątrz, nie wyłaniają się w wyniku awansu i zasług. Są to ludzie przeznaczeni do utrzymywania dyscypliny i – choć sami tego nie wiedzą – przeznaczeni nie do kariery politycznej, ale na zagładę. Uporczywe zaś przekonywanie małych narodów do tego, że powinny realizować program lokalny, wsobny jest pułapką samozatrzaskującą się. I tego też mam nadzieję nie muszę udowadniać. Mimo tych oczywistości, wielu ludzi wciąż wierzy, że jedyną obroną przed globalnymi planami i aspiracjami wielkich gospodarczych i politycznych organizacji jest ideologia narodowa. Wystarczy ją podpiąć pod Kościół i gotowe. Tyle, że żadnej narodowej ideologii nie da się podpiąć pod uniwersalną misję Kościoła. To jest brednia i kolejna pułapka, wymyślona po to, by przywódcy organizacji narodowych zyskali jeszcze jedną legitymację podnoszącą ich wiarygodność. By stali się poprzez połączenie elementu lokalnego i uniwersalnego, lepszymi Polakami i lepszymi chrześcijanami. By stali się los perfectos po prostu. To jest zaadaptowanie dla warunków lokalnych żydowskiego wybraństwa po prostu. Tego zaś nie można oprzeć na pogaństwie, ani na judaizmie, co jest jasne. Trzeba zabrać się więc za zespawanie go z Kościołem.

Na tym kończę, bo mam masę pracy. Jutro będzie nowe nagranie w portalu www.prawygornyrog.pl



tagi: kościół  książki  żydzi  komuna  naród  rynek treści 

gabriel-maciejewski
24 kwietnia 2018 11:12
8     2963    11 zaloguj sie by polubić
komentarze:
Maryla-Sztajer @gabriel-maciejewski
24 kwietnia 2018 11:26

Pominąłes ostatni etap. Jeśli się do najróżniejszej starości nie lagodnieje to jeszcze mozna po śmierci dać medal, którego przyjęcia ktoś sobie nie życzył.

.

I ogłosić,  nasz ci on.

.

 

zaloguj się by móc komentować

OdysSynLaertesa @Maryla-Sztajer 24 kwietnia 2018 11:26
24 kwietnia 2018 12:12

Tak robią... Albo prowadzą dyskusję ze zmarłym przytaczając stare wywiady w zestawieniu z mądrością etapu żyjących... Ot takie niewinne WYpominki. Gdyby żył to by był... z nami :)

zaloguj się by móc komentować


S80 @gabriel-maciejewski
24 kwietnia 2018 14:31

Inspiracja?
"W dn. 1 stycznia 1934 r. minęło 50 lat od zgonu poety [koniec praw autorskich]. W 1934 r. ukazał się tom zbiorowych "Dzieł" Norwida, opracowany przez prof. Piniego, a wydany przez "Parnas Polski", tom będący obecnie przedmiotem zaciętego sporu. Oskarżyciele: pp. [Janina] Mortkowiczowa, [Leopold] Wellisz [panieńskie matki: Toeplitz, wuj: Józef "Guiseppe" Toeplitz - bankier] i Przesmycki żądają konfiskaty "Dzieł" Norwida i odszkodowania, twierdząc, że jedyne i wyłączne prawo własności do wydawania dzieł Norwida miał Przesmycki.......
.....Po przerwie obiadowej przemówiene adwokatów. Rozpoczął je z teatralną emfazą i patosem rzecznik oskarżycieli prywatnych Jan Lesman [Jan Brzechwa]. Stylem niemiłym atakuje osobę prof. Piniego, rzuca inwektywy stwarzając cały "romans kryminalny", i przesadnie podnosząc zasługi Miriama. Wydaje mu się, że przyszedł czas, ażeby odsłonić maskę prof. Piniego. którego 40 stron wstępu to nieustanny paszkwil na Norwida. Pan Pini nienawidzi Miriama, zohydza Norwida itp. W wywodzie prawnym stara się udowodnić, że prawa Przesmyckiego są własnemi prawami wydawcy. Uzasadnia wniosek o zasądzenie pokutnego, odszkodowania za krzywdę materjalną i moralną. Przesmycki otrzymał 1600 rubli jako honorarjum, za cztery tomy dzieł zebranych Norwida. Firma Parnas Polski zarobiła 57 tysięcy na swej edycji Norwida. Miriam opiekował się Anną Norwidową, żoną brata poety, co stwierdzają liczne listy. Żyją krewni Norwida Łempiccy, którzy upoważnili Przesmyckiego do wydawania Norwida. Obrońca prof. Piniego, adw. Emil Breiter stanął ściśle na gruncie aktu oskarżenia i dowodził, że Przesmyckiemu brak jest wszelkiej legitymacji prawnej do wytaczania aktu oskarżenia. Rodzina Łempickich udzieliła pełnomocnictw Przesmyckiemu, który występuje w drodze karnej jako pełnomocnik innej osoby. Oskarżenie usiłowało dowieść, że prawa autorskie Norwida przeszły w samoistny sposób na Miriama. Umowa z Anną Norwid nie miała żadnego prawnego znaczenia, co stwierdza strona przeciwna, upoważnienie p. Łempickiej do wydania dzieł Norwida, też nie jest ważne, więc Miriam żadnych praw autorskich nie posiada. Ocena subjektywna Norwida przez prof. Piniego nie stwarza też żadnej płaszczyzny prawnej oskarżenia. Przesmycki nie ma praw sukcesora. Jeżeli musimy uważać za absurd roszczenia prawne np. wydawcy dzieł Słowackiego, to tem samem absurdem są roszczenia prawne Miriama".

"Sąd uznał m.in. że Miriamowi przysługuje prawo autorskie do wszystkich tekstów Norwida, na zasadzie uzyskania pozwoleń córki brata poety p. Marji Łempickiej, oraz ze względu na cechy twórczości  Miriama przy ustalaniu tekstu oraz  interpunkcji w pismach Norwida.  W te samodzielne jak i nabyte prawa  Miriama wkroczyli oskarżeni, których  obowiązkiem było zwrócić się do nie-  go o dozwolenie przedruku. Wobec  tego sąd uznał ich winę za wkrocze-  nie w prawa autorski* Miriama jako  twórcy i następcy, oraz rozmyślne  wyrządzanie szkody wydawcom p. Mortkowiczowej i Weliszowi".

"Naszem zdaniem proces wogóle niewłaściwie był wszczęty. P. Zenon Przesmycki (Miriam) miał dosyć czasu na wykorzystanie swoich praw znalazcy, bo lat trzydzieści. Zawinił ciężko wobec społeczeństwa, że na plonie cudzej twórczości siedział tak długo, nie robiąc z nich użytku a innym dostępu do nich nie dając, posiadanemi tajemnicami dezorientując krytykę nieraz wprawiając ją magią swych sugestyj w stan chorobliwy. Czynił tem krzywdę historji literatury, a przedewszystkiem samemu Norwidowi, którego kult uznał za powołanie swego życia. Nikt nie ma prawa fantować na prywatny użytek tworów literatury narodowej."

Jako oskarżyciele prywatni wystąpili: Miriam, Janina Mortkowiczowa oraz Leopold Wellisz, który sfinansował edycję norwidowską.

["W późniejszych latach Wellisch również był częstym gościem w stolicy Francji, gdyż poszukiwał tam wszelkiej spuścizny po Cyprianie Kamilu Norwidzie. Miłość do literatury i pięknych druków tchnął w niego Zenon Przesmycki "Miriam" – przedstawiciel krakowskiej bohemy, którego poznał w trakcie studiów na wydziale filozoficznym Uniwersytetu Jagiellońskiego".]
["Zapoczątkowane przez Zenona Przesmyckiego „Pisma zebrane” Norwida ukazały częściowo (tomy A, C, E, F) w 1911 roku (ostatni tom właściwie w 1946 roku, choć z datą 1911). „Dzieła” Norwida (w jednym tomie, z obszernym wstępem, bez aparatu krytycznego) wydał w 1934 roku Tadeusz Pini. W latach 1936–1939 ukazały się „Wszystkie pisma po dziś dzień w całości lub fragmentach odszukane” w wydaniu Zenona Przesmyckiego (tomy 3-9)."]
["W dn. 1 stycznia 1934 r. minęło 50 lat od zgonu poety" - koniec praw autorskich, można je przedłużyć o 10 lat w przypadku nieopublikowanych w cześniej prac, co Przesmycki zrobił z szeregiem prac Norwida w 1933 r, wcześniej nie wydając ich przez lata - tak brzmi to w opisie bez wzmianku o tej grze prawami: "W tej sytuacji Przesmycki, nie widząc możliwości kontynuowania „Pism zebranych”, na pięćdziesięciolecie śmierci Norwida w r. 1933 doprowadził do wydania od dawna przygotowywanych „Poezji wybranych” z obszernymi przypisami. Natomiast pięć innych pozycji („Reszta wierszy”, „Pierścień wielkiej damy”, „Rozprawki epistolarne”, „Miłość czysta u kąpieli morskich” i „Antologia artystyczna”) ogłosił (przy pomocy finansowej L. Wellisza) bez komentarza edytorskiego".]

Co do troskliwosci Przesmyckiego "Miriama" nad Anną Norwid.
Joanna Kuczyńska z Korczewa to marszałkowa, zdaje się nie zabiegała o prawa w związku z tym:
Później (r.1867) zaproszona przez Marszałkową na prośbę Norwida, przebywała dłuższy czas w Korczewie Anna Norwidowa, żona jego brata Ludwika. Była ćwierć-Angielką, gdyż matka jej, z domu Jarnowska, była wnuczką gubernatora Jamajki (Grant Green) [w klepsydrze przedstawiana - jako "z rodu Francuska" a zmarła w 1910 r. /a więc zmarła rok przed wydaniem pierwszych "Pism zebranych" nie zdążyli czy raczej czekali?]. Mąż jej, po przegraniu całego jej znacznego majątku, dostał chroby umysłowej i pozostawił ją bez grosza [w klepsydrze Anny - "Znaczny majątek swej żony złożył w latach powstaniowych na ołtarzu ojczyzny"]. Cyprian musiał się nią opiekować. Sam będąc w bardzo ciężkich warunkach jako jedyne wyjście znalazł wysłanie jej do Polski, gdzie mieli nadzieję że będzie mogła się utrzymać z lekcji języków. Na razie miała zamieszkać w Korczewie. Pozostała tam przez kilka lat. Marszałkowa przyjęła ją i opiekowała się nią serdecznie, co znalazło wyraz w jej entuzjastycznych listach do szwagra. Anna Norwidowa nauczyła dwie młodsze panny Kuczyńskie dobrze władać angielskim (najstarsza była już wtedy zamężna za Tadeuszem Ostrowskim)

"fragment przemówienia obrońcy Breitera: "Najpierw przedstawiono umowę z Anna Norwidową, a gdy ten dokument zdemaskowano w „Wiadomościach Literackich", zaczęto szukać innych rzeczy i innych dokumentów. I co nam pokazano? Pokazano rzecz śmieszną, pozbawioną wszelkiego znaczenia. Pokazano wyjątek z listu prywatnego p.Marii Łempickiej, bratanicy Norwida, upoważniający p. Przesmyckiego do wydania dzieł Norwida. Przecież to są żarty! Czy p. Przesmycki jest w tej sprawie oskarżycielem, czy pełnomocnikiem p. Łempickiej? W toku procesu już po wniesieniu aktu oskarżenia składa się dokumenty "stwierdzające w jakim stopniu pokrewieństwa z Cyprianem Norwidem są te osoby, które udzieliły pełnomocnictw oskarżycielowi prywatnemu". A więc p. Przesmycki opiera swoje prawa autorskie na jakimś pełnomocnictwie! Czy można występować w charakterze oskarżyciela będąc pełnomocnikiem innej osoby? Pan Przesmycki przedstawia upoważnienie do wydania Norwida od p.Łempickiej, ale ponieważ zdał sobie sprawę, że takie pełnomocnictwo nie stwarza żadnych praw a z chwilą śmierci p. Łempickiej wygasa- wezwał na pomoc dzieci p. Łempickiej i w kilka miesięcy po wytoczeniu aktu oskarżenia - rzecz nie do wiary w sprawie karnej — stwarza dokument z dnia 6 października 1934 r. Dokument z punktu widzenia procesu karnego naiwny, w którym dzieci p. Łempickiej stwierdzają, że wiadomo im jest co miała na myśli ich matka, pisząc wspomniany list prywatny do p. Przesmyckiego".

zaloguj się by móc komentować

Magazynier @gabriel-maciejewski
24 kwietnia 2018 20:42

"Nina Karsov i Józef Mackiewicz, Paweł Jasienica i jego kochanka z UB, a teraz Kaja Mirecka cośtamcośtam i Jan Karski. Numer jest powtarzany stale i stale wywołuje zdziwienie. Tak jakby ci, którzy tworzą, myślą i działają nie rozumieli, że każdy, oni także, szczególnie jeśli los nie szczędził im ciężkich doświadczeń, mogą być potraktowani jako zasób. Mogą, albowiem nie reprezentują żadnej organizacji, w przeciwieństwie do tamtych, czyli do przejmujących, czyli do żydokomuny."

Ale jest taka organizacją, którą mogą bez obawy o swój honor a nawet indywidualizm reprezentować, a nawet wtopić się w nią. Mam na myśli Kościół. Da im ochronę jeśli się z nią utożsamią. Kościół walczący oczywiście to nie raj na ziemi. Bracia w Chrystusie potrafią dać w kość, zwłaszcza jeśli nie są odporni na propagandę świecką. Ale zawsze się znajdzie jedna czy kilka dusz bratnich, a nawet jeden czy kilku Biskupów którzy wykarzą się empatią i zrozumieniem. To jest znacznie lepsze niż druga żona nieokreślonego pochodzenia. Oczywiści indywidualność i osobowość może na tym ucierpieć, ale przede wszystkim wizerunkowo. W Kościele najważniejsze rzeczy są niewidzialne, dla świata jakby anonimowe, ale nie w Kościele w relacji do Jego Głowy nikt nie jest anonimowy. Sztuka odnalezienie swojego miejsca w Jego oczach.

"Potem, dla zamarkowania istnienia wielu wariantów tej samej treści i wymiany poglądów, na rynek wpuszcza się funkcjonariuszy przebranych za pisarzy i dziennikarzy." Kilka nazwisk kojarzy się nieodparcie. Czy wielki czy mały człowiek potrzebuje odnaleźć się z czyimś spojrzeniu. To jest tożsamość. Odnalezienie się w spójrzeniu tzw. świata jest bardzo zwodnicze. 

zaloguj się by móc komentować

JK @Magazynier 24 kwietnia 2018 20:42
24 kwietnia 2018 21:23

Kurcze! Ale poetycko!

zaloguj się by móc komentować

Ogrodnik @gabriel-maciejewski
24 kwietnia 2018 22:48

Wszystko co nie jest święte staje się z racji inercji sługą "żydokomuny"! Dobrze to rozumię? -- pragnąc trwać  w moim własnym kręgu kulturowym? 

zaloguj się by móc komentować


zaloguj się by móc komentować