-

gabriel-maciejewski : autor książek, właściciel strony

Guillaume le Vasseur de Beauplan „Opis Ukrainy"

Jadę dziś do Michała, tak więc zostawiam Wam fragment nowej książki, która wczoraj przyjechała. Książki w naszym dotychczasowym dorobku edytorsko najlepszej. Okraina Królestwa Polskiego. Krach koncepcji Międzymorza. 

Guillaume le Vasseur de Beauplan „Opis Ukrainy, na którą składają się liczne dzielnice Królestwa Polskiego, rozciągające się od kresów Moskwy aż do granic Transylwanii. Zbiór tamtejszych obyczajów, sposobu życia i prowadzenia wojen”.
„[Ukraina] Jest to nowe królestwo, które od niedawna bardzo się rozszerzyło dzięki waleczności i mądrości Wielkiego i Niezrównanego Koniecpolskiego, kasztelana krakowskiego i naczelnego wodza Twoich wojsk, którego odwaga szła w parze z tak wielką roztropnością, że nigdy nie widziano, by wychodził z bitew, nawet najniebezpieczniejszych, inaczej niż zwycięsko. 
Mogę o tym mówić z przekonaniem, ponieważ byłem tego świadkiem naocznym przez siedemnaście lat, gdy miałem zaszczyt pozostawać w służbie dwóch ostatnich zmarłych królów, najpierw Ojca, a następnie Brata Waszej Wysokości. W owym czasie położyłem podwaliny pod ponad pięćdziesiąt znacznych słobód, które są niczym kolonie i w kilka lat utworzyło się z nich więcej niż tysiąc miasteczek, dzięki zwiększeniu liczby nowych siedzib. [Ludność] tych kolonii, troszcząc się przede wszystkim o Twoje Państwo, przesunęła bardzo daleko jego granice i tak bardzo trudziła się przy uprawie nieurodzajnych ziem, które napotkała, że dziś to z ich przewspaniałej żyzności Twoje Królestwo czerpie wielkie zyski.
Nowo zyskany kraj ten jest niezdobytym bastionem przeciw potędze tureckiej, gwałtom Tatarów, mocną barierą zdolną powstrzymać ich szkodliwe i częste najazdy. Wrogowie ci są bardzo zdziwieni napotykając w dzielnicy, która służyła im za szlak do podbojów, przyczynę niezawodną upokorzenia oraz klęski. 
To na tej mapie topograficznej może Wasza Wysokość w jednym momencie dostrzec rozległe terytorium Ukrainy, której posiadanie nie przynosi mniej chwały niż zysku. Po jej usytuowaniu można ocenić również jej znaczenie. Dzięki myśli politycznej państwa, wnosi więcej niż kiedykolwiek do kontynuacji tego ważnego planu wzrostu [potęgi], którego wykonanie może pomnożyć niepomiernie liczbę cennych pereł w Twojej królewskiej koronie. 
Rzekłbym jeszcze dużo rzeczy na ten temat, jednak widzę, że lepiej jest je zmilczeć niż rozgłaszać, a to w obawie, że sądząc, iż daję Tobie zbawienne rady, dawałbym wskazówki Twoim wrogom, które będą dla nich tak korzystne, jak dla Ciebie, Panie, szkodliwe.
(…)
Trochę poniżej rzeki Czertomłyk, mniej więcej pośrodku Dniepru, znajduje się całkiem duża wyspa, na której są jakieś ruiny. Wyspa ta otoczona jest przez ponad dziesięć tysięcy innych wysp i wysepek, których położenie jest zupełnie nieregularne, chaotyczne i zmienne, gdyż jedne są suche, inne bagniste. Dodatkowo wszystkie pokryte są trzciną wielką jak piki, przez którą nie widać rozdzielających je kanałów. 
To właśnie w tej chaotycznej plątaninie Kozacy mają swoją kryjówkę, którą nazywają Skarbnicą Wojskową. Wszystkie te wyspy są na wiosnę zalewane, a suche pozostaje tylko miejsce, gdzie znajduje się ruina. Rzeka ma zapewne w tym miejscu z milę szerokości od brzegu do brzegu. W owym miejscu wszystkie siły Turków nie mogłyby nic zdziałać. Zaginęło tu już wiele tureckich galer, które ścigały Kozaków powracających z Morza Czarnego i wpływając w te labirynty nie mogły odnaleźć drogi. Kozacy zaś w swoich czółnach pięknie ich zaskakiwali strzelając do nich [tj. Turków] spośród trzcin jak do kaczek. 
Od tego czasu galery nie płyną dalej niż na 4 lub 5 mil w górę rzeki. Mówi się, że w Skarbnicy Wojskowej znajduje się wiele sztuk dział, które Kozacy ukryli po kanałach. Żaden Polak nie wie, gdzie się znajdują. Poza tym, że [Polacy] zupełnie nie zapędzają się w te rejony, a Kozacy, potrafiąc dochować tajemnicy, nie wyjawią im tego, to niewielu jest też samych Kozaków, którzy by te kryjówki znali. Całą artylerię, którą zdobywają na Turkach, ukrywają na dnie, ich pieniądze również są tam schowane i biorą je tylko wtedy, gdy potrzebują. Każdy Kozak ma własny schowek, ponieważ po rabunku u Turków, dzielą łup między siebie. Po powrocie każdy chowa pod wodę swój udział, to znaczy rzeczy, których woda nie zniszczy.”
(…)
„[Tatarzy choć] Ludzie to raczej małego niźli wysokiego wzrostu, ale krępi, o dużych członkach, wystających i szerokich brzuchach, barczyści, szyję mają krótką, głowę dużą, twarz niemal okrągłą, czoło szerokie, oczy mało rozwarte, ale bardzo czarne i mocno ukryte, nos krótki, usta całkiem małe, zęby białe, jak kość słoniowa, cerę śniadą, włosy bardzo czarne i twarde jak końskie włosie. Krótko mówiąc, mają wygląd odmienny niż chrześcijanie i można ich rozpoznać na pierwszy rzut oka. Wielkością i fizjonomią przypominają Indian amerykańskich z okolic Maragnan i tych, których zwie się Karaibami. (…)
Ten rodzaj ludów jako ubranie nosi krótką koszulę z płótna bawełnianego, która opada im tylko na pół stopy poniżej pasa, szarawary i na to krótkie spodnie do jazdy z sukna, u Tatarów pospolitych pikowane z wierzchu bawełną. Znaczniejsi [Tatarzy] mają płócienny kaftan pikowany bawełną, a na to zakładają suknię podszywaną lisim lub wspaniałym, kunim futrem, takąż samą czapę i safianowe, czerwone buty bez ostróg. 
Większość Tatarów ma na grzbiecie tylko baranicę i noszą ją wełną na wierzch w czasie upałów lub deszczu. Gdy się ich widzi tak odzianych, spotykając znienacka w polu, budzą grozę, gdyż podobni są białym niedźwiedziom posadzonym na koniach. W czasie chłodów i zimy przewracają kożuchy, umieszczając wełnę w środku i tak też postępują z czapami z tego samego materiału. Wyposażeni są w szable, łuk z kołczanem na 18 lub 20 strzał, nóż u pasa, krzesiwo do rozpalania ognia, szydło i 5 lub 6 sążni rzemiennych sznurów do pętania jeńców, których mogą schwytać w polu. Każdy ma również kwadrant norymberski w kieszeni. Tylko najbogatsi noszą kolczugi, inni, z braku środków, idą na wojnę bez ochrony. Wszyscy oni są bardzo zwinni i dzielni na koniu, ale są na nim źle usadowieni, gdyż nogi podkurczają i jeżdżą w bardzo płytkim dosiadzie. Siedzą na koniu niczym małpa na charcie, jednak są bardzo sprawnymi jeźdźcami. Są tak zwinni, że jadąc cwałem skaczą z grzbietu swojego konia, gdy ten jest już bez tchu, na drugiego, którego prowadzą za uzdę. Dzięki temu mogą sprawniej ujść pogoni. A koń, gdy nie czuje już pod sobą pana, przechodzi od razu na jego prawą stronę i postępuje za nim, trzymając szyk tak, by być dobrze ustawionym, gdy pan będzie potrzebował sprytnie na niego przeskoczyć. Tak te konie są wyćwiczone do służenia swym panom. Poza tym jest to rodzaj koni źle zbudowanych i brzydkich, lecz najodporniejszych na zmęczenie, ponieważ tylko bachmaty (tak nazywają ten rodzaj koni) potrafią przebyć od 20 do 30 mil za jednym razem. Grzywy ich są bardzo gęste i zwisające do ziemi, włosie ogona wlecze się z tyłu.
(…)
Widziałem tę plagę przez wiele lat z rzędu, szczególnie w roku 1645 i w 1646. Stworzeń tych przylatuje nie mnóstwo, ale całe chmary, długości 5 czy 6 mil i szerokości na 2 lub 3 mile. Zazwyczaj zjawiają się od strony Tartarii. Zdarza się tak, gdy wiosna jest sucha, a w Tartarii i jej wschodnich rejonach, czyli kraju Czerkiesów, Abchazji i Megrelii rzadkie są lata z inną pogodą. Robactwo to, pędzone wiatrem wschodnim lub południowo-wschodnim, kierowane jest w te strony i pustoszy je do tego stopnia, że pochłania wszystkie zboża i trawy, nawet jeszcze niedojrzałe. Gdzie nie przejdzie, gdzie się nie zatrzyma, wymłóci wszystko w niespełna dwie godziny. Następstwem tego jest tam wielka drożyzna żywności. Jeśli szarańcza zatrzyma się w tym rejonie w jesieni, w październiku, a jest to czas, gdy zamiera po tym, jak każda sztuka złoży ponad 300 jaj, z których wyklują się na wiosnę młode, to szarańcza ta będzie siać spustoszenie w liczbie 300 razy większej. Pod warunkiem jednak, jak już wspomniałem, że będzie sucho. Lecz jeśli będzie deszczowo w porze, gdy się wykluwa, wówczas zginie i wiadomo już, że w tym roku się nie pojawi, jeśli nie przyleci z innego miejsca. Liczebność szarańczy jest rzeczą, którą nie sposób łatwo wyrazić, gdyż wypełnia całe powietrze aż ćmi. Nie mógłbym Wam lepiej przedstawić jej lotu, niż przez porównanie do śniegu w pochmurną pogodę, który spada małymi płatkami, wirując tu i tam, na łasce wiatru. Gdy [owady] opadną na ziemię, by żerować, całe pola są nimi pokryte i słychać swoisty szmer, który wydają pożywiając się. W najwyżej godzinę lub dwie, wyjadają tam wszystko aż do gruntu, po czym podnoszą się i lecą, gdzie wiatr je poniesie. W najbardziej jasny dzień lecąca chmara zaćmiewa słońce tak, jak najgęściejsze chmury. 
Gdy w czerwcu roku 1646 przebywałem dwa tygodnie w nowym mieście zwanym Nowogrodem, gdzie budowałem cytadelę, byłem zaskoczony wielką mnogością szarańczy. Niezwykły był to widok, gdyż wykluta tej wiosny w okolicy, nie potrafiąc jeszcze dobrze latać, pokrywała całą ziemię, a powietrze było nią tak wypełnione, że nie mogłem jeść w swoim pokoju bez świecy. We wszystkich domach było jej pełno, w stajniach, oborach, izbach, strychach, a nawet i w piwnicach biegało to robactwo. Zleciłem palenie prochu armatniego z siarką, by je przepędzić, lecz wszystko to na nic się zdało, ponieważ, gdy się otwierało drzwi, nieskończona ilość wchodziła do środka, inne zaś wychodziły, nieustannie latając tu i tam. Dokuczliwym było, gdy podczas wychodzenia na zewnątrz stworzenia te uderzały w twarz, a to w nos, a to w oczy, w policzki tak, że nie sposób było otworzyć ust, by kilka z nich nie wpadło do środka. Ale to jeszcze nic, stworzenia te nie dawały chwili wytchnienia również podczas jedzenia – sądząc, że tnie się na talerzu kawałek mięsa, równocześnie cięło się szarańczę. Ledwie zdołało się otworzyć usta, by podnieść kęs, a natychmiast trzeba było wypluwać szarańczę. Najbardziej doświadczeni ludzie tracili rezon na widok tej niezliczonej mnogości, jest ona nie do opisania. By dobrze to sobie przedstawić, trzeba to zobaczyć na własne oczy, tak jak mnie się zdarzyło. A zatem, po zniszczeniu w ciągu dwóch tygodni wszystkiego we wspomnianym rejonie, szarańcza nabrała sił, by lecieć dalej. Wiatr porywał ją i niósł z tego regionu gdzie indziej, by dalej siała spustoszenie. Pewnego wieczoru widziałem, jak szarańcza osiadła na spoczynek. Drogi były nią pokryte na grubość ponad czterech kciuków, warstwami, tak, że konie wcale nie chciały po nich iść bez mocnych razów biczem, a po tym szły z postawionymi uszami, chrapiąc, z wielkim strachem. Koła naszych wozów i kopyta końskie rozgniatały te stworzenia. Unosiła się z tego woń tak cuchnąca, że atakowała nie tylko nos, ale i mózg. Jeśli o mnie chodzi, nie byłem w stanie znieść tego odoru, bez przemycia sobie najpierw nosa octem i nieustannego trzymania [przy twarzy] namoczonej w nim chustki. Wielką ucztę miały tam świnie, zżerając owady z ogromnym smakiem i tucząc się nimi, lecz nikt nie chciał potem ich jeść, tylko z tego powodu, że robactwo, które wyrządza tyle szkody, budzi odrazę.” 



tagi: opis ukrainy 

gabriel-maciejewski
29 maja 2018 06:55
0     1299    5 zaloguj sie by polubić
komentarze:
zaloguj się by móc komentować