-

gabriel-maciejewski : autor książek, właściciel strony

Fragment książki "Przez jasne wrota". W Anglii

Wracam dziś z Wrocławia, a więc zamiast notki będzie fragment książki Jerzego Bandrowskiego

Otóż w Londynie ton nadawali niezliczeni „Tommies and Sammies”. Pełno było ich wszędzie, olbrzymiemi hordami włóczyli się po ulicach, wystawali przed klubami Y. M. C. A. (Young Men Christian Association), wreszcie przed swemi własnemi klubami – jako że angielscy żołnierze kluby swe mają wszędzie, nieraz nawet bardzo wytwornie urządzone. Na ogół „Tommies and Sammies” choć zachowywali się głośno i swobodnie, nie byli wrogu dla człowieczeństwa usposobieni. Obcy mundur witali demonstracyjnem „hulloh!” potrząsaniem ręki wykręcającem ramię ze stawów i licznemi Propozycjami, dotyczącemi zawsze skomplikowanej oprawy „drinków”. Płeć piękną uwielbiali w sposób jawny i nie pozostawiający co do tego najmniejszej wątpliwości – zwłaszcza w kinematografach, gdzie na tle jasnego ekranu sylwetki rysuja się bądź co bądź wyraźnie. Lubili hazard – i jeśli w kilku obstąpili dziewczę miłe a niezbyt melancholijne, licytowali je między sobą dla jej niezaprzeczonej korzyści, zważywszy, iż nie brak między nimi chłopców bogatych.

Jednak – trudno się było z nimi zżyć. Zwłaszcza Australijczycy i Amerykanie mają swe własne, bardzo szerokie pojęcie wolności, krew gorącą i rewolwery u pasa. Mimo, iż policja londyńska jest i taktowna i zręczna, nierzadko wybuchały zatargi, które zmieniały się w krwawe boje pozycyjne a kończyły się formalnemi szturmami, po których dziesiątki trupów zostawały na placu. Gdzieś w marcu podczas takich bojów Amerykanie zdemolowali gmach policji na Bow-street, przypłaciwszy to 21 trupami i garścią rannych. W ten sposób stworzyli odpowiednie „pendant” do domu który na tej samej ulicy w pobliżu tegoż samego gmachu policji zburzyli swego czasu Niemcy podczas jednego ze swych „rejdów” aeroplanowych. Dziś jest w tej ulicy przynajmniej jakaś symetrja. Czy te starcia były zwykłemi tylko „bitkami” między policją a ludźmi przywykłymi do gwałtowniejszego trybu życia, czy też miałoby to i inny, może głębszy podkład – nie wiem.

Jednakże – było w tem wszystkiem coś charakterystycznego.

Przewalające się po Strandzie tłumy żołnierzy, głośne i pewne siebie, ignorowały zupełnie oficerów. Usposobione były bardzo republikańsko. Kiedy, rozmawiając z jednym z żołnierzy, zwróciłem jego uwagę na to, iż po wojnie pozostał w Europie już właściwie tylko jeden król na większą skalę, żołnierz kiwnął głową, uśmiechnął się i rzekł:

– O tak, pozostał jeden tylko – Lloyd Georges!

Ale Anglicy lubią żartować i niemniej od Francuzów lubią „bons mots”.

Bo z drugiej znów strony:

Kiedy z jednym z emigrantów polskich znalazłem się w odleglejszej dzielnicy londyńskiej, człowiek ten, zamieszkały w Anglji od dawna, prosił mnie, abym zamilkł, póki nie wyjdziemy na przyzwoitsze ulice, a prośbę swą umotywował tem, że tłum londyński, słysząc obcy język, staje się zaczepnym a nawet niebezpiecznym.

– Mnie znają w tej dzielnicy od lat, a jednak mimo wszystko wykrzykiwano za mną kilkakrotnie „bloody foreigner!” i rzucano kamieniami.

Odbywały się też protesty wojska – kulturalne oczywiście, ale dowodzące, iż armja ślepą machiną nie jest. Któryś z londyńskich pułków, zauważywszy jakieś niedokładności czy nadużycia w dawaniu urlopów i zamiast demobilizacji odprawiony ponownie do Francji, obraził się. Rozkazu usłuchał – ale na znak niezadowolenia demonstracyjnie – wbrew prawom miasta – przemaszerował przez Londyn i odmówił przyjęcia sztandarów. Pojechał do Francji bez znaków, które za nim dopiero osobna komisja powiozła.

Ruch strajkowy w Anglji był w lutym wcale znaczny, bezrobotnych dużo, dokuczała drożyzna i paskarstwo. Nie było cukru, masła, mleka, owoce były drogie. W ogóle w Anglji było bardzo drogo i trudno było żyć bez serdeczniejszych stosunków z wpływową rodziną „pieniążków”.

Sufrażetki – wygrywają. Opinja publiczna zwolna przechyla się na ich stronę. Nawet prosty żołnierz angielski jest dziś za zupełnem równouprawnieniem kobiet.

Przejeżdżając jednego dnia przez Hyde-Park, spotkałem kobiecą kompanję inżynierji wojskowej. Oddział wyglądał bardzo solidnie, poważnie i po wojskowemu. Prowadziła go oficer-kobieta. Publiczność nie zwracała na oddział najmniejszej uwagi – snać przywykła.

Wrażenie, jakie wyniosłem z kontaktu z Anglikami, było to:

Naród ten odświeżył się przez wojnę, zbliżył się dzięki niej znów do życia i poczuł swą siłę. Kocha po prostu życie codzienne bez literackiego wyrafinowania. Wywrotowości, której chcieliby się w nim niektórzy dopatrzyć, nie ma w Anglji. Jest za to poczucie własnej sprawności, a co zatem idzie, dążenie do rozszerzenia praw narodu i reorganizacji ustroju na lepsze. W tym kierunku, może nawet nieświadomie, prowadzili propagandę żołnierze kanadyjscy, australijscy, południowo-afrykańscy i amerykańscy, żołnierze, którzy zresztą dowiedli swej wierności dla rasy anglosaskiej. Ten naród, czy ta rasa może dążyć do pewnej wygodniejszej reorganizacji, ale swoich narodowych czy rasowych interesów, ani sprawy społecznej, ani międzynarodowej nie poświęci.

Ale właściwie – nie Anglicy mnie w Londynie zajmowali. Narodów dziwnych lub obcych widziałem już dość. Za to serce rwało mi się do Polski i do Polaków których tak dawno nie widziałem. Należało ich za każdą cenę odszukać w Londynie.

Łatwo powiedzieć. – Londyn ma dziś 7 miljonów mieszkańców.

A jednak – niemniej łatwo się to robi.

Obowiązkiem moim było zameldować się osobiście w policji. Tę odnaleźć zawsze łatwo. Wszedłem do bardzo prymitywnie urządzonego biura i zgłosiłem gotowość do zameldowania się.

Urzędnik spojrzał na mnie, spytał o narodowość i krzyknął:

– Halloh! Jakiś oficer polski z Syberji chce się zameldować.

– Come in! – odpowiedział głos z za cienkiego przepierzenia.

Siedziało tam trzech jakichś panów zajętych paleniem fajek.

– Gdzie pan mieszka?

– Buckingham-Hotel.

– Pan się nie potrzebuje meldować – zadecydował naraz urzędnik.

– Nie, to nie. A gdzie tu jest jaka organizacja polska?

Urzędnik podniósł głowę, jakby coś czytał pod sufitem i odpowiedział bez zająknienia:

– Polish National Committee Upper-Montagu-street 2. Do widzenia.

Wiedziałem już rzecz najważniejszą. Ale jak się tam teraz dostać?

Wyszedłem na jakiś piekielnie ruchliwy placyk i, stojąc wśród tego rojowiska, poprosiłem policjanta, aby mi sprokurował jaki „motor-car”.

– Tu? Bardzo będzie trudno.

– A jak mi iść na Upper-Montagu-street 2?

Pokręcił głową i spojrzał na mnie, jakby chciał powiedzieć:

– Człowieku, nie wiesz, o co pytasz. Jakże ja Ci to mogę wytłumaczyć?

Ale nastawił mnie na lewo, w skos ku jakiejś ulicy i wskazawszy „dyrekcję”, rzekł:

– Trzecia ulica na lewo!

Nie kiwnąwszy mu nawet głową, prosto jak po sznurze ruszyłem, maszerując ku wskazanej ulicy. Odliczyłem trzy przecznice, patrzę na napis:

– Kingsway, a nic żaden Upper-Montagu-street.

Na środku ulicy w tumanie mgły czernieje figura olbrzymiego policemena w czarnym angielskim kasku. Rżnę do niego:

– Piąta ulica na lewo!

Oho! Jednakże kierunek podano mi dobrze.

Idę. Mgła. Ruch. Tu i ówdzie kluby „Uaj-em-si-ej” (Young-men-christian-association). przed klubami mnóstwo żołnierzy, dużo żołnierzy australijskich, kanadyjskich – to wszystko nic mnie jednak nie obchodzi. Liczę przecznice.

Piąta. Jakiś plac. W środku piękny ogród ze staremi drzewami – wszystko w mgle jak w wacie. Słońce jak cytryna.

Russel-place! Więc nie Upper-Montagu.

– Człowieku, uwierz raz, mówię ci! – tłumaczę sobie. – Nie denerwuj się. Powiedział ci „piąta ulica na lewo” – więc wiedział, co mówi. W lewo zwrot!

Skręciłem na lewo i idę. Przechodzę kolo klubu kołnierzy australijskich Kolos-klub zajmuje kilka olbrzymich kamienic – przed bramami tłumy żołnierzy w szerokich kapeluszach z czerwonemi wstążkami. Mijam te tłumy i wychodzę na jakąś cichą ulicę. Przede mną na bramie numer „dwa” i mała tablica mosiężna. Nie patrzę nawet, jak się ulica nazywa, kieruję się prosto ku domowi i na tablicy czytam:

– Polski Komitet Narodowy.

Rozumie się. Kierowali mną jak pionkiem z niesłychaną precyzją.

Misja nasza w owych czasach zajmowała się zaciekłą kampanją, jaką we wszystkich bez wyboru pismach angielskich z niesłychaną namiętności, prowadzili i prowadzą – Żydzi. Ci mili „współrodacy” i „współobywatele”, domagający się w Polsce dla siebie odrębnych praw i przywilejów jako dla członków narodu żydowskiego, nie wiadomo, dla jakich przyczyn w Anglji niechętnie przyznają się do swej narodowości, a natomiast bardzo chętnie podają się za Polaków. Anglik, to wyspiarz – interesuje się wysepkami, ale Europa, a już zwłaszcza

środkowa i wschodnia mało go obchodzi i nie zna jej. I faktycznie szerokie masy angielskie nie odróżniają Polaka od Żyda. Jakie na tem tle powstawały niesłychane fałszerstwa i oszustwa opinji, jakie potworne intrygi, jak podstępne napaści – trudno sobie wyobrazić. Misja polska zbijała i odpierała te ataki jak mogła i jak umiała. Ale propaganda tego rodzaju, prowadzona wyłącznie przy pomocy sprostowań protestów, nie mogła mieć wielkiego znaczenia, ani też dać pozytywnych wyników. Naród angielski za mało wiedział o nas, skutkiem czego łatwo było go do nas uprzedzić, tem łatwiej, że Anglikom z tem było wygodniej.

Emigracja polska w Anglji nie jest bardzo liczna. Kingstownhallu” miało być walne zgromadzenie tow. „Zjednoczenie”. Zaproszono mnie na ten wieczór. Było może ze 30 osób. Trochę liczniejsze było zgromadzenie w Polskiem Towarzystwie londyńskiem, jednem z najstarszych stowarzyszeń polskich w Anglji. Na Zgromadzeniu tem, składającem się przeważnie z robotników, referowałem sprawę wojsk polskich na Syberji. Po wygłoszeniu referatu jeden ze słuchaczy interpelował mnie w następujący sposób:

– Prelegent mówił nam o tem, jak to tam na Syberji Polacy się organizują; ale my wolelibyśmy usłyszeć coś o bolszewikach!

Wybuchła krótka utarczka słowna, wśród której robotnik oświadczył, iż – tero taki czas, że kużden robotnik musi drapać jak nowięcy lo siebie, bo potem już nie będzie móg...

Ponieważ ja osobiście nie należę do kasty myślącej wyłącznie o „drapaniu lo siebie”. więc nie wiem, czy interpelant mój miał rację, czy nie. Zasadę wygłoszoną przez niego słyszałem już raz poprzednio z ust pewnego robotnika polskiego, ale w innych okolicznościach i nie w Londynie, lecz w dalekiej, nadwołżańskiej Samarze. Było to gdzieś w początkach upalnego lipca, kiedy w wagonach na dworcu samarskim formowała się pierwsza kompanja pułku strzelców polskich im. Tadeusza Kościuszki. Siedziałem w wagonie, w którym znajdowała się kancelarja punktu zbornego. Było już koło południa, gorąco straszne, martwy punkt dnia. O tej porze nie można się było spodziewać ochotników. Siedziałem, drzemiąc. Wtem skoczył ktoś do wozu. Młody człowiek, o śniadej, ogorzałej twarzy, wielkich oczach i wyszczerzonych w uśmiechu bieluśkich zębach. Spojrzawszy na niego, zrozumiałem, że propaganda w tym wypadku jest zbyteczna.

– Tu się bierze do wojska polskiego? – zapytał z radosnym uśmiechem.

– Tu. Albo co?

– A bo ja się chcę zapisać.

– A po co?

Chłopak się „speszył”.

– Jak to – po co? Przecie się trza bić!

– Niby – o co?

Spojrzał na mnie jakby obrażony i odburknął.

– Jak to – o co? Przecie teraz taki czas, że kużden musi iść po swoje!

Ale on to trochę inaczej rozumiał, niż jego londyński towarzysz!

Pewnego dnia po południu wyjechało nas kilku do obozu jeńców wojennych Polaków w Feltham. Byli tam przeważnie Poznańczycy, żołnierze z armji niemieckiej. Do wojsk polskich we Francji zgłaszali się stosunkowo chętnie i niewątpliwie byli to dobrzy Polacy. Ale oto co się stało: Anglicy, zrozumiawszy nareszcie, że mają do czynienia z narodem sojuszniczym, poczynili im ulgi tak znaczne, iż – człowiek jest człowiekiem! – jeńcom po prostu żal było rozstawać się z ,,campem” i iść znów pod karabin. Zleniwieli – a że wojna niby się już skończyła – mieli wymówkę. Korzystając z równoczesnej obecności w Londynie jednego z członków galicyjskiej komisji likwidacyjnej, zaproszono nas obu na wieczorek w „campie”, gdzie referaty nasze miały się przyczynić do podniesienia temperatury narodowej. Przy tej sposobności zwiedziłem angielski „camp”.

Członek galicyjskiej komisji likwidacyjnej zbierał bardzo szczegółowe dane co do tego, ile gramów czy łutów tłuszczu czy mięsa żołnierze pobierają. Ja, oceniając rzecz tę od oka, powiem po prostu, że w sali wielkiego gmachu przeznaczonego na pomieszczenie dla więźniów, widziałem kilkaset „byków” o czerwonych, okrągłych twarzach i połyskujących zdrowiem oczach. Jadłem ich biały, bardzo smaczny chleb z jakimś zupełnie zdrowym tłuszczem i piłem kawę ze skondensowanem mlekiem. Ci jeńcy mieli się niewątpliwie lepiej w angielskim „campie”, niż rodacy w kraju na wolności. Wszyscy podkreślali, że władze obchodzą się z nimi poprawnie i życzliwie. Raziły nieco wyłącznie niemieckie napisy na korytarzach, co jednak tłumaczono tem, iż w ,,campie” oprócz Polaków byli i Duńczycy; władze angielskie obiecały jednak dać też nowe napisy w języku polskim.

Za mego pobytu przedstawicielstwo i władze polskie w Anglji znajdowały się właściwie dopiero w stadjum organizacyjnem. Mimo to okazywały znaczną ruchliwość, zajmowały się opieką nad jeńcami, rekrutacją, prasą, propagandą. Było to wszystko oczywiście do pewnego stopnia na mniejszą może skalę. Szło po prostu stosunkami osobistemi poszczególnych ludzi. Zaś emigracja nie jest jeszcze mocno związana organizacją i uprawia przeważnie swe własne lokalne interesy emigracyjne, niczem nie związane z Polską, ani jej sprawą. Z przykrością muszę stwierdzić, że ten pewien chłód w sprawach polskich panuje głównie wśród robotników i rzemieślników.



tagi: polacy  anglia  jerzy bandrowski 

gabriel-maciejewski
7 kwietnia 2018 08:48
3     1142    7 zaloguj sie by polubić
komentarze:
cbrengland @gabriel-maciejewski
7 kwietnia 2018 10:49

– Mnie znają w tej dzielnicy od lat, a jednak mimo wszystko wykrzykiwano za mną kilkakrotnie „bloody foreigner!” i rzucano kamieniami.

Moj Boże, skad my to znamy. Ten tekst czytam i nie dowierzam ale muszę, bo przecież mam to za oknem.

zaloguj się by móc komentować

adamo21 @gabriel-maciejewski
7 kwietnia 2018 15:24

Zaśmiecili cały świat, a teraz ten świat wraca do nich.

zaloguj się by móc komentować

cbrengland @cbrengland 7 kwietnia 2018 10:49
7 kwietnia 2018 16:04

A zauważyłem teraz, że na coryllus.pl podobny komentarz jest również. Bo to prawda jest tak okropna.

Trzeba zacząć ich tępić i tę ich "kulturę", jak się da i gdzie się da. Już czas.

zaloguj się by móc komentować

zaloguj się by móc komentować